Вторник, 16.07.2019
Хойнікшчына
Меню сайта
Статистика

Онлайн всего: 1
Гостей: 1
Пользователей: 0

Анджэй Раствароўскі пра колішнія Нароўлю, Барбароў, Вадовічы,
Рудакоў, Барысаўшчыну і Хойнікі.
Урыўкі з кнігі "Ziemia, której już nie zobaczysz. Wspomnienia kresowe"

    Dzieciństwo
    Urodziłem się w Wilnie dnia 30 maja 1899 roku, w hotelu Georges1, który wówczas był własnością mego Ojca i gdzie na pierwszym piętrze mieszkali moi rodzice. Ojciec mój, Tadeusz2, syn Romana3 i Marii z Glogerów4, urodzony w 1860 roku w Kowalewszczyźnie na Podlasiu, był architektem i do spółki z technikiem budowlanym Kazimierzem Zimmermanem prowadził w Wilnie biuro budowlane5. Matka moja, Zofia z Oskierków6, urodzona w roku 1873 w Wielkim Możejkowie, powiat Lida, była córką Aleksandra Oskierki7, członka Rządu Narodowego z 1863 roku na Wileńszczyźnie, i Teodozji z Grabowskich8. Dziadkowie moi Rostworowscy, po zlikwidowaniu Kowalewszczyzny, w czasie moich urodzin mieszkali już w Krakowie9, a dziadkowie Oskierkowie po powrocie z zesłania na Syberię (kopalnia w Usolu) mieszkali w Warszawie i w Nałęczowie. Niebawem mieli otrzymać zezwolenie na powrót do Wilna, gdzie zamieszkali we własnym domu (po Grabowskich) przy ulicy Wileńskiej 33.
    Ojciec mój miał liczne rodzeństwo, które wymieniam kolejno: Jadwiga10 – panna, Stefan11, żonaty z Lubieniecką, Stanisław12, żonaty z Lubieniecką (siostrą poprzedniej), Michał13, ożeniony z baronówną Christin, Zofia14, zamężna Wesslowa, Leonia15, zamężna Wierusz-Kowalska, i Karol16, ożeniony z Fudakowską.
    Matka moja miała tylko siostry, których imiona były takie: Kasylda – panna, umarła młodo, Jadwiga, zamężna Horwattowa, i Maria, zamężna Mineykowa17.
   Kilka lat po urodzeniu wyjechałem z Wilna do majątku Narowla, będącego własnością wuja Horwatta18, i zasadniczo tam się wychowałem. Ojciec mój przebywał stale w Wilnie, gdzie był wziętym architektem. Ukończył w roku 1882 ze złotym medalem19Akademię Sztuk Pięknych w Petersburgu i po kilkuletnim pobycie za granicą – Paryż, Monachium, Rzym – w 1890 roku osiadł na stałe w Wilnie.
   Matka moja opiekowała się chorą na płuca swą siostrą Jadwigą Horwattową (ciocia Gusia) I wyjeżdżała z nią często za granicę: do Abacji20, Merano, na Riwierę, a także do rozpoczynającego karierę uzdrowiskową Zakopanego.
   Dzieci, to znaczy ja i młodsza ode mnie o cztery lata siostra Maria Róża21 oraz starsi ode mnie Horwattowie: Daniel22 (Dolo), o osiem lat, I Aleksandra23 (Ola), o cztery lata, pozostawały w Narowli pod opieką licznych nauczycielek, wychowawczyń, bon I nauczycieli.
    Narowla! – We wspomnieniach wydaje się najpiękniejszym i najmilszym miejscem na kuli ziemskiej. Położona nad prawym brzegiem Prypeci, o czterdzieści kilometrów od Mozyrza, a jakie sto pięćdziesiąt kilometrów od Kijowa. Istny raj dla dzieci, zważywszy, że wuj Edzio (Edward Horwatt) strasznie lubił dzieci i na wiele rzeczy pozwalał, a na jeszcze więcej patrzał przez palce.
    Piękny empirowy pałac o dwudziestu kilku pokojach, piętrowy, stał na wysokim brzegu, o jakieś sto metrów od rzeki, tak iż z werandy i balkonów roztaczał się wspaniały widok na płynącą majestatycznie, szerokim łukiem Prypeć i leżące, jak okiem sięgnąć, po drugiej stronie „ługi”, czyli zalewne wspaniałe łąki, porosłe rzadkimi dębami i pełne mniejszych i większych jeziorek, bogatych w lilie wodne, ryby, a przede wszystkim w dzikie kaczki. Na wiosnę, gdy Prypeć rozlała, szerokość jej sięgała pięciu – sześciu kilometrów. Z wody tylko gdzieniegdzie sterczały korony dębów. Po ustąpieniu wód i gdy słońce przygrzało, całość zabielała się nagle od niezliczonych ilości kwitnących konwalii! Ługi nieznacznie przechodziły w „hało”, czyli część błotnistą, ale nie zalewaną.
    Wokół pałacu był park, zapewne miał dwadzieścia albo i więcej hektarów. W znacznej części wspaniale utrzymany, ozdobiony klombami, pełen czarujących zakątków, szpalerów grabowych, grup drzew, przechodził z jednej strony w ogrody owocowo-warzywne, z drugiej, poprzez oranżerie i inspekta – w folwark i gospodarstwo rolne. Czworobok obór i stajen okalał majdan o szerokości prawie kilometra, na którego środku był dom rządcy wraz z kancelarią, otoczony z trzech stron sadem i warzywnikiem. Stała tu też wysoka, murowana gorzelnia, niedaleko której wyrastała tajemnicza, często dymiąca baszta: wędzarnia, miejsce naszych wypraw i punkt zbiórek. Z czasem w jej sąsiedztwie powstało nowe rozarium, bo stary ogród róż przy pałacu był za mały, by pomieścić pojawiające się wciąż nowe odmiany.
   Od strony rzeki była tak zwana weranda, przybrana dwoma cementowymi sfinksami, wielkości największego byka. Z przeciwnej strony znajdował się ganek, czyli podjazd, którego znów strzegły dwa brązowe lwy ponadnaturalnej wielkości. Na wprost ganku w odległości około sześciuset metrów wyrastała piękna stylowa brama wjazdowa24, a przy niej domek. Mieszkał w nim stróż, wspaniały chłop poleski z ogromną kwadratową brodą, zwany Lewonem. Brama była stale zamknięta I gdy zauważono manipulacje Lewona przy jej otwieraniu, był czas, aby zaalarmować wszystkich, że ktoś nadjeżdża, zwłaszcza że droga z bramy do ganku nie szła prosto, lecz dość wygiętym łukiem, omijając stajnie cugowe. Niebrukowany gościniec szedł równolegle do bramy. Na wprost niej ciągnęła się na dwa kilometry aleja topolowa jako droga gospodarcza do poszczególnych poletek. Wzdłuż niej rozciągał się zwykle chmielnik.
   Najbliższa stacja kolejowaKalenkowicze – znajdowała się dwanaście kilometrów za Mozyrzem, czyli w odległości sześćdziesięciu dwóch kilometrów. O konie trzeba było telegrafować zawczasu. Na szczęście poczta i telegraf były na miejscu (o trzy kilometry) w miasteczku Narowla. Zresztą istniały już wówczas telefony, co przy tamtejszych odległościach było wielce pomocne. I dziwna rzecz, o ile chłopi kradli słupy wiorstowe25, które co parę lat cierpliwie uzupełniano, to nie słyszałem o kradzieży słupów telefonicznych i drutów, choć te musiały być bardzo łakomą rzeczą. Widocznie odpowiedzialność za kradzież była surowa.
    Często korzystano z komunikacji statkiem po Prypeci i Dnieprze. Statki chodziły regularnie: co dzień duży w obie strony, czyli na Mozyrz oraz na Kijów, i co dzień mały, lokalny, do Mozyrza i z powrotem. Statki były czyste i porządnie utrzymane, odznaczały się doskonałą kuchnią, a właściwie świetnie prowadzonym bufetem.
   Do opieki nad dziećmi zaangażowane były: jedna nauczycielka Polka, ucząca wszystkich przedmiotów (była nią długie lata panna Teresa), jedna nauczycielka Francuzka – pani Dufour, a potem przez szereg lat mademoiselle Louise Chigniac. Osobna karta należy się pannie Luizie, która bądź co bądź przez kilka lat opiekowała się nami, głównie mną I Różą. Pochodziła z mieszczańskiej rodziny, miała ukończoną szkołę średnią. Dla mnie na zawsze pozostanie tajemnicą, w jaki sposób ta panna, wówczas dwudziestoparoletnia, nieznająca ani słowa w żadnym innym języku poza własnym, potrafiła punktualnie dojechać z Paryża do Kalenkowicz, przesiąść się do faetonu26 zaprzężonego w czwórkę koni i nie umrzeć ze strachu, jadąc sześćdziesiąt kilometrów wśród błot i lasów. Trochę ją podniosły na duchu pierwsze wrażenia z pałacu w Narowli, gdy zobaczyła błyszczące posadzki, piękne obrazy na ścianach i łazienkę wykładaną kafelkami.
   Wysoka, czarna i nie bardzo ładna potrafiła jednak utrzymać dyscyplinę, nauczyć się coś niecoś po polsku, a nas, mnie i Różę, swojego języka na tyle, że początkowo lepiej czytaliśmy i pisaliśmy po francusku niż po polsku, i właściwie z tą umiejętnością od niej otrzymaną przeszedłem przez życie, mając doskonałe podstawy i wyczucie poprawnej składni. Jedno pamiętam, że dla wyrobienia prawidłowej wymowy kazała nam się nauczyć i szybko deklamować wiersz V. Hugo: Mon père, ce héros au sourire si doux27. Wiersz ten, pełen litery „r”, miał wyrabiać dykcję.
   Oczywiście z początku było wiele nieporozumień językowych i zatargów ze służbą, która jednolitym frontem nie upodobała sobie nowego „darmozjada”. Słynne były jej przeprawy z lokajem, od którego chciała „bużi”, jej przygody, gdy gwałtem uczyła się – dość długo – jazdy konnej na siwej klaczy Czajce, porwanie jej do swej wyłącznej dyspozycji i afekt do jamniczki Muszki. Po pewnym czasie, gdy się nieco oswoiła, upodobała sobie składanie wizyt u administratora, pana Leniewicza. Czy chodziło o romans, czy tylko o wspaniałą wyżerkę na serwowanych zawsze podwieczorkach, nie wiem, ale te wizyty musiały być źle widziane, gdyż panna Luiza zaczynała je nieodmiennie od słów: André, si vous dîtes à Maman que nous étions chez M. Leniewicz, vous recevrez une gifle – si vous ne dîtes pas, vous recevrez du chocolat!28. U pana Leniewicza oglądałem wspaniałe dwumetrowe, obsypane owocami krzaki pomidorów oraz dwa psy bernardyny, bardzo złe, bo trzymane na łańcuchu. Kiedyś panna Luiza przychodzi do Mamy ze skargą, że ją lokaj zwymyślał i nazwał „kolera!”. Na to Mama zaczyna tłumaczyć, że ta „kolera” to było bezadresowe, tak jak francuskie sapristi29, a ja z boku stojący: – Mais non, Maman – il a dit – vous choléra30.
    Po naszym wyjeździe jeszcze długo utrzymywała się korespondencja, z czasem pisaliśmy do Francji, i dopiero pierwsza wojna położyła jej kres.
    W oficynie jakiś czas mieszkał pan Syrewicz – mierniczy. Opowiadał bardzo ciekawe historie, bo masę świata zwiedził, więc się tam wymykałem i przy herbacie słuchałem opowiadań. Wychodząc, dawałem zawsze chłopakowi usługującemu mierniczemu dwie kopiejki na piwo.
    Kiedyś wymyśliłem doskonałe zajęcie – w basenie fontanny przed domem łapałem żaby na lasso. Ani się spostrzegłem, jak mi się noga na wilgotnej krawędzi pośliznęła, i wpadłem do środka. Byłbym się niechybnie utopił, bo wody było przeszło na metr, a ja wtedy jeszcze pływać nie umiałem, gdyby nie ogrodnik, pan Szawłowski, który sadził kwiaty na klombach opodal i posłyszawszy plusk, wyciągnął niefortunnego łowcę. Zaniesiony zostałem do pokoju dziecinnego, tam Róża na mój widok z emocji zaczęła jechać do Rygi. Biegła przez pokój i rzygała, co było dla mnie dotąd nieoglądanym zjawiskiem. Zostaliśmy położeni do łóżek i nie pojechaliśmy ze wszystkimi do lasu na grzyby czy jagody, a pewnie na jedno i drugie.
    Kiedyś przywieziono jakiegoś barana, zapewne rasowego, pamiętam tylko, że był czarny. Z kolejki przypadł „na własność” Oli. Każda nowa rzecz musiała do kogoś z nas należeć i kolejka była ściśle przestrzegana. Barana zamknięto w sionce i słyszeliśmy, jak wuj wydał polecenie: – Przynieście trochę wyki i siana. – Zaraz po obiedzie pobiegliśmy do barana. Na podłodze leżały jakieś czarne kulki. – To pewno wyka, muszę spróbować! – zawołała Ola. Nabrała kulek do ust I zaraz cały obiad wyjechał, bo to nie była wyka, tylko wprost przeciwnie.
    U wuja Horwatta na stole w kancelarii zawsze stał duży półmisek, na nim leszcz pieczony z kaszą hreczaną. Wolno nam było, w wypadkach głodu lub łakomstwa, nakładać sobie na talerzyk i zjadać.
   Dla nauki Dola był pan Żuwal, nauczyciel, z czasem przyjaciel domu, po wielu latach, po pierwszej wojnie światowej, rezydujący jeszcze w Gorzyczkach. Pochodził z emigrantów francuskich, ale był całkowicie spolszczony, wielki myśliwy, czasami zapuszczał brodę.
   Przy Róży była niańka Frania, a gdy ta wyszła za mąż za kucharza Leona, nastała Urszula. W ogóle personel zmieniał się bardzo rzadko, a najczęściej, jeśli chodzi o służbę, to stanowisko przechodziło z ojca na syna. W stajni rej wodził stary August, a jego dwaj synowie Karło i Franc byli furmanami.
    W spiżarni królowała „apteczkowa”, pani Jadwiga. Pamiętam, że za lodownią w kształcie świątyni był budynek gospodarczy wyglądający jak mały pałacyk lub oficyna (zresztą w czasie pierwszej wojny służył za mieszkanie, gdy pałac zajęły Wojennyje Raboty na Riekie Pripiati31). Budynek ten to była „apteczka”. Ach, te znajdujące się w niej ilości słoi konfitur, słoi kompotów (wecków jeszcze nie znano), garnków glinianych z marmeladami, butli soków, serów i serków owocowych, owoców suszonych, kandyzowanych! A towary kolonialne: rodzynki, migdały, orzechy, figi, daktyle – to były tylko ingrediencje. Na święta sprowadzano oddzielnie bakalie. Apteczkowej podlegało również gospodarstwo mleczne dla potrzeb domu: mleko, śmietanka (do kawy), śmietana, masło, sery oraz pieczywo, chleb i bułki, co parę dni świeże.
     Wielkim przyjacielem dzieci był gajowy, czyli „leśnik” Kulicki. Mieszkał w dalekim czworaku pod lasem. On to był wyrocznią wszystkich spraw łowieckich. Kierował polowaniami, a znał się na tropieniu zwierzyny, ciągach, tresurze psów, podkarmianiu. Już wtedy woziło się do lasu kartofle, kasztany i żołędzie oraz snopki owsa i wiązki siana. Kulicki jako jeden z pierwszych wtajemniczał mnie w arkana wiedzy myśliwskiej, na razie w odczytywanie tropów, przewidywanie pogody i zwyczaje zwierzyny.
    Po każdym większym zimowym polowaniu biegliśmy do kredensu przyglądać się pewnemu obrządkowi. Z gorzelni przynoszono wiadro wódki (zapewne był to nieoczyszczony spirytus). Kulicki, po zdaniu zwierzyny do lodowni, wchodził, otrzepując śnieg z butów, a następnie wychylał jedną po drugiej pięć – sześć szklanek wódki, po czym otarłszy usta rękawem, mruczał jakieś podziękowanie i szedł spać na dwadzieścia cztery godziny.
    Wspaniałym fachowcem musiał być pan Szawłowski, ogrodnik. Na czele plutonu dziewczyn tworzył istne cuda kwiatowe. Drogi i dróżki zawsze były wygracowane, w jesieni liście pozgrabywane, latem trawniki pokoszone. Do niego należały inspekta oraz nieduży sad specjalny: czereśnie, wiśnie, śliwki i grusze. Wielkie sady dzierżawili sadownicy – Żydzi albo dość często Ukraińcy. Na Wielkanoc, wraz z sałatą i pierwszymi rzodkiewkami, przynosił istne cuda – zamki, panteony albo kolumnady z kiełkującej rzeżuchy – pośrodku których stał baranek wielkanocny, z ciasta i lukru, nieraz naturalnej wielkości.
    Do osób stale zatrudnionych należał Marian, malarz, okrągły rok malujący freski, najczęściej według wzorów mego Ojca. Pasją wuja Horwatta, przeniesioną z czasem wraz z Marianem do Gorzyczek, było stałe upiększanie, malowanie olejne ścian wraz z wypisywaniem sentencji i wersetów. W pewnych miejscach malowane były diabły i maszkary oraz sentencje w rodzaju: „Nie ma skutków bez przyczyny”, „Co się wysuszy, to się wykruszy”. Miało to ułatwiać pomyślny przebieg załatwiania spraw.
    Zgodnie z panującymi wówczas kierunkami modne były sceny mitologiczne. Wielkie obrazy ścienne i panneau32: Amor i Psyche, Sąd Parysa, Powrót Diany z polowania, malował mój Ojciec, przy czym modelami i modelkami były liczne ciotki i cioteczki, kuzynki, wujowie i kuzyni – i ja też często występowałem jako paź, amorek lub pacholę. W domu zresztą pełno było obrazów różnych szkół, a często miesiącami przesiadywali malarze, biorący udział w życiu domowym, wycieczkach do lasu i na wodzie, którzy zbierali tematy do swoich późniejszych arcydzieł. Za mojej pamięci bywali Fałat, Chełmoński, Ruszczyc33, Ludomir Janowski34, którego portrety moich ciotek otrzymały kilkakrotnie złote medale w Paryżu i innych miastach. Cudowny był portret mojej Mamy. Niestety spalił się w Wilnie w czasie drugiej wojny.
    Poza godzinami lekcji dzieci mogły niczym niekrępowane biegać po całym parku, łowić ryby, chodzić do stajni, z daleka tylko i teoretycznie doglądane przez „pedagogium”, które miało swoje sprawy i zainteresowania. Pamiętam na tym tle dysputy, czy trzeba dzieci pilnować ściśle, czy nie? Oczywiście wuj był za najdalej idącą autonomią, przytaczając opowiadanie, jak w pewnym domu, gdzie było dwanaścioro dzieci chowanych dość luźno, o stracie jednego z nich dowiedziano się dopiero, gdy ojciec, wróciwszy z miasta, rozdawał prezenty i jeden został mu w ręku.
    Sąsiedztwa nie leżały blisko, a składały się z bliższej lub dalszej rodziny. Najbliżej, bo o kilkanaście kilometrów, były Barbarów Aleksandra Horwatta35 i Hołowczyce Stanisława Horwatta36. A Chabno Stanisława (innego) Horwatta37, nad Dnieprem już, było oddalone o czterdzieści kilometrów. Cała tak zwana Horwattowszczyzna były to skonfiskowane po 1794 roku majątki Oskierczyńskie38, przy czym fundum39 Oskierczyńskim był Barbarów. W rękach Oskierków pozostały jedynie Wodowicze40, które w tym czasie należały do wdowy z dziećmi, i Rudaków41, który następnie drogą mariażu przeszedł na Wańkowiczów.
    Do Rudakowa sześćdziesiąt kilometrów jechało się przez Wodowicze i to była połowa drogi. Zwykle wyjeżdżało się rano, zajeżdżało na obiad na popas do Wodowicz i na wieczór do Rudakowa. Kilka osób, między innymi Mama, jechało konno (panie po damsku), reszta, kilkanaście nieraz osób, wielkim drabiniastym wozem – wozy takie zwano karami – z czwórką, piątką, czasami nawet szóstką koni. Wiele emocji dawała zaraz na wstępie przeprawa promem przez Prypeć.
    O kilkanaście kilometrów w bok od Wodowicz leżała Borysowszczyzna pana Jastrzębskiego42. O dwanaście kilometrów za Rudakowem były jeszcze Ostrohlady, dawny majątek Prozorowski43, następnie w posiadaniu Gordziałkowskich44. Majątki te były to bogate jednostki o wysokiej kulturze rolnej, z przeważnie dobrą ziemią oraz dużą ilością łąk i lasów. Przeciętny obszar wynosił dziesięć do piętnastu tysięcy hektarów. Wodowicze stanowiły swego rodzaju osobliwość, bo posiadanie ich oparte było na prawie lenna i mogły być dziedziczone tylko w linii męskiej. Wuj Horwatt opowiadał, że gdy miał dwadzieścia lat, jego ojciec postanowił przenieść się w Poznańskie do majątku żony w Gorzyczkach, a jemu przekazać Narowlę. Wówczas to staropolskim zwyczajem ruszyli na objazd linii granicznej i w zasadzie na każdym kopcu wuj powinien był dostać baty – a kopców, zważywszy na enklawy chłopskie, było kilkanaście tysięcy. Baty oczywiście ostały się w teorii, natomiast nierzadko w jakichś zapadłych osadach trzeba było odprawiać sądy, godzić zwaśnionych lub przeprowadzać działy. Ludność miejscowa wiejska była prawosławna, natomiast oficjaliści, służba dworska w przeważającej większości byli katolikami. Trafiali się też Tatarzy muzułmanie.
    Z tego okresu pamiętam szereg wydarzeń charakterystycznych dla tamtych czasów i okolic.
    Do Narowli należał tak zwany Sienoprasowalnyj Zawod w Michnowie. Była to osada, do której przez całe lato z kilku tysięcy hektarów łąk zwożono siano. Potem maszyny je prasowały w kostki wiązane drutem. Siano to, pierwszorzędnej jakości, albo ładowało się na barki – berlinki – i odstawiało wodą do większych kawaleryjskich garnizonów, albo zimą odwoziło się saniami na stację kolejową lub do majątku. Droga, ze względu na równość i gładkość, wiodła przeważnie rzeką, po lodzie. Kiedyś jechał taki transport – kilkanaście fur parokonnych, jedna za drugą. Parobcy dla ciepła i wesołości obsiedli jedną z ostatnich fur. Tymczasem woda podmyła w pewnym miejscu drogę, która załamała się i pierwsza para poszła pod lód. Ponieważ konie umieją drzemać, idąc w długim szeregu, za pierwszą furą poszła druga, trzecia i zatrzymało się dopiero na dziesiątej. Pamiętam rwetes wieczorem, jak parobcy zdawali relację z tej katastrofy wujowi.
    Innym razem wuj jechał z Dolem do Wodowicz też zimą saniami i na którymś jeziorku konie lejcowe zapadły się pod lód. Wuj zdążył tylko wyrzucić Dola w śnieg i wyskoczyć, furman się skąpał. Dyszlowe konie i sanie udało się wyciągnąć, lejcowe utonęły. W Rudakowie w wozowni pokazywano wysokie ozdobne sanie żelazne na dwie osoby, którymi pradziad Oskierka45 we dwójkę z furmanem czterema końmi „w lejc” jeździli do Kijowa.

Далей

Вход на сайт
Поиск
Календарь
«  Июль 2019  »
ПнВтСрЧтПтСбВс
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031
Друзья сайта
  • Официальный блог
  • Сообщество uCoz
  • FAQ по системе
  • Инструкции для uCoz
  • Copyright MyCorp © 2019