Понедельник, 22.07.2019
Хойнікшчына
Меню сайта
Статистика

Онлайн всего: 1
Гостей: 1
Пользователей: 0

      Rolle Antoni Józef
                                                        KAROL PROZOR, OSTATNI OBOŹNY LITEWSKI


Pamięci d-ra Karola Przyborowskiego
przed dwoma laty [1880 r.]
zmarłego
kolegi przyjaciela

                                                                                                                I
    Jakże żałuję, że nie mam zdolności Plutarcha, aby oddać godnie postać ostatniego oboźnego litewskiego. A jednak poczuwam się do obowiązku związania choćby w niedołężną całość zacierających się powoli szczegółów o człowieku, który na wdzięczną pamięć zasłużył u potomności, a żywotem trudu i poświęcenia piękne zdobył sobie miejsce na kartach historii. Karol Prozor rysuje się na tle przed i porozbiorowych dziejów jako rycerz średniowieczny, pałający nieustanną miłością dla swojej wybranej. Stoi on na rozdrożu dwóch wieków, dwóch wielkich gościńców, po których kroczyła nasza społeczność; czyny jego i zasługi wyrosły w owej chwili przełomowej, która mając kraj zbawić niestety, zgon tylko chlubnym opromieniła blaskiem. Człowiek stary a do nowego należący zakonu, istny Mickiewiczowski Frejend, do butelki zakorkowanej, do prochu przybitego kłakiem przyrównany, Prozor wobec przeciwności urasta i potężnieje. Zawody i klęski rozwijają w nim hart niezwykły, zbroją pierś na poświęcenia bez granic, a otwierają serca dla miłości bratniej. Może gdyby nie te przeszkody zostałby był ziemianinem powszednim.
   Całe życie oboźnego jest jakby legendą. Zmierzch legendarny otula pochodzenie jego, bo wywodzi się od Rurykowiczów. Przodek Karola, książę Prokop Prozorowski, dostał się w XVI stuleciu na Litwę, wygnany burzą spod strzechy rodzinnej. Dumny kniaź, wkraczając w gościnne granice Rzeczypospolitej, jakby pragnął na zawsze zerwać z przeszłością, rozciął znak swój herbowny na dwoje i stąd została na nim tylko połowa orła czarnego i jedna głowa, drugą okryto tarczą ó jasnym polu z trzema gwiazdami wszystko zaś ustrojono w mitrę książęcą i gronostaje. Jak z herbem, tak też i z nazwiskiem uczynił; z Prozorowskiego został Prozorem, skromnym ziemianinem litewskim.
   Tradycja wychodźstwa pozostała jednak w rodzinie rosyjskiej: już bowiem w niniejszym stuleciu ostatnia z Prozorowskich prosiła oboźnego, aby wrócił do dawnego nazwiska i tytułów, ofiarując mu znaczny majątek. Prozor odmówił dumnie.
    Szlachectwo polskie, mój mociu (to było jego przysłowie) tyleż warte! zawołał.
    Niesiecki w swoim herbarzu opuścił wszystko o początku tego gniazda. Może nie wiedział, a może się obraził i mógł się obrazić na dobre; w epoce bowiem układania Korony pisał do Józefa Prozora, skromnego wówczas urzędnika wojewódzkiego, prosząc o szczegóły rodowe; ale zapytany z książęcą dumą odparł mu na to, że nie pragnie wcale figurować w jego księdze, bo czym jest, tym jest i zostanie, a wzmianka, choćby najszczytniejsza, nie przyczyni splendoru domowi.
   Jakoż apologista szlachecki na skromnej poprzestał wzmiance i nie dał nawet herbu Prozorom, a siedlisko tej rodziny naznaczył w trockim województwie, rejestrując tylko dwóch pisarzy ziemskich kowieńskich, jednego posła na konwokacją 1696 r. i jednego podczaszego.

    Wcześniej jeszcze Władysław Poczobut Odlanicki w swoich Pamiętnikach wspomina pod r. 1658 o starciu Litwinów z Dołhorukim, hetmanem moskiewskim, pod Kownem albo raczej na Łopie. Według niego podjazd z 500 ludzi złożony, wysłany na rekonesans, poległ, otoczony przez siły nieprzyjacielskie, a w rzędzie kilku znaczniejszych godnych pamięci ofiar mieści Prozora, towarzysza roty pancernej Bogusława Radziwiłła.
    I tylko tyle! A jednak w ubiegłym stuleciu Prozorowie rej wodzą w Kowieńskiem. Pełno ich wszędzie. Nie przekraczają wprawdzie wojewódzkich urzędów, ale też i po dworach pańskich nie wycierają przedpokojów. Nie spotkasz ich już w poczcie dworzan radziwiłłowskich, u potężniejszych od nich Sapiehów, u Ogińskich; nawet z dala się trzymają od owego wojewody mińskiego i marszałka litewskiego Zawiszy, który to najwięcej bratał się ze szlachtą i w ciągu niedługiego swego życia wygłosił moc oracji weselnych, to „oddając panny", to je przyjmując, a niedźwiedzi i łosiów więcej nastrzelał od wszystkich razem zebranych ziemian województwa.
    Prozorowie cicho siedzą, skrzętnie grosz gromadzą, wylani na usługi współpowietników. Dynastyczni to pisarze i podstarościcowie kowieńscy; z pradziada i dziada na syna i wnuka ten urząd przechodzi. Obok niego jest i tytuł wojskowy rotmistrza Księstwa Żmudzkiego, niemały snadź zaszczyt, bo każdy Prozor obok nazwiska i tej godności nie zapomina wypisać dosłownie. Prozorowie wiążą się krewieństwem z Zabiełłami, Syruciami, Giedrojciami, Szczytami i Matuszewiczami, szlachtą do średniego należącą stanu, ale posiadającą nie lada zachowanie na Litwie.
    Jan Prozor, synowiec owego poległego na Łopie, pisarz ziemski, a w końcu wojski kowieński (a był i posłem na sejmie 1696 r.), połączył się węzłem dozgonnym z Syruciówną i zamieszkał w Babcinie, włości dziedzicznej. Miał trzech wnuków. Najstarszy z nich, Kazimierz, został kapłanem, później kanonikiem wileńskim i kowieńskim proboszczem; najmłodszy Symeon, ożeniony z Burzyńską kasztelanką mścisławską, był pisarzem grodzkim i deputatem na trybunał wileński w 1762 r. Średni, Józef, najbardziej nas obchodzi, jako ojciec naszego bohatera. Urodził się w 1723 r.; poszedł najwyżej, a spore miał rodzeństwo: dziad jego bowiem liczył sióstr rodzonych i nierodzonych osiemnaście i braci dziewięciu, stąd wszystkie znaczniejsze domy na Litwie i Żmudzi związane były z Prozorami powinowactwem. Kształcił się w młodości w Lunewilu, w szkole wojskowej (la compagnie des cadets gentilhommes), stąd wyszedł z patentem porucznika od piechoty (lieutenant d'infanterie). Po powrocie do kraju zaczął, jak i bracia jego i protoplaści, od Kowna. W r. 1755 wojski, w pięć lat potem starosta grodzki, dorobił się znacznego mienia, spłacił rodzeństwo, a sam został na Babcinie, do którego kilka dokupił wiosek, tak że odtąd powstał klucz babciński.
    Żenił się trzy razy, z drugiej jednak tylko żony Szczytówny miał trzech synów. Żona ta wniosła mu spory posag, a co więcej, spokrewniła z Zabiełłami i Matuszewiczami, za którymi były jej siostry rodzone. Posiadał wprawdzie Józef potężnego opiekuna w rodzonym wuju, Szymonie Syruciu, kasztelanie witebskim, z którym wspólnie zjeżdżał na trybunały, a w r. 1762 stawił się na spotkanie królewicza Karola, kiedy ten udał się do Kurlandii, aby tam powstające przeciwko sobie machinacje przytomnością swoją uśmierzyć. W r. 1764 posłował na sejmie konwokacyjnym. Po zgonie tegoż wuja otrzymał kasztelanią witebską, został kawalerem obu polskich orderów, nawet generałem, zapewne „nieforsztelowanym". W r. 1780 przesiadł się na województwo, z którego rezygnował w 1786 dla podeszłego wieku.
    Oto sumaryczny spis zaszczytów; nie malują one wszakże człowieka. Wiemy już skądinąd, że Józef Prozor gościnny był, ale nader umiarkowanego życia, co podówczas cnotą się nazwać mogło. Rodzina często zjeżdżała do Babcina, gdzie ją podejmowano serdecznie, a do stołu zasiadało po kilkadziesiąt osób; ale do wielkich, powszednich w owej epoce pijatyk nie dochodziło nigdy, bo wojewoda odznaczał się surowością pod względem obyczajów, przywiązany był do kościoła i słynął jako „zelant", jak się wyrażano podówczas.
    Notatka, udzielona nam przez prawnuczkę Józefa, tak go maluje:
    „Żelaznej woli, bajecznej siły, niemałej dumy, srogi dla dzieci, dworzan i domowników, ale zarazem sprawiedliwy, prawości charakteru niepospolitej." Sam świecił przykładem swemu otoczeniu; z podróży po Europie dużo przywiózł nauki i poloru, znał dobrze języki: po łacinie, po francusku i po niemiecku mówił płynnie, choć się nierad wiedzą popisywał. Karol, najstarszy z trzech synów, rodził się w r. 1759 ze Szczytówny, a reprezentował dziewiąte już pokolenie owych z Moskwy przybyszów. Pomijamy jego dzieciństwo, nie chcemy i nie możemy nawet rok po roku śledzić dziejów jego żywota, pragniemy tu tylko podać wydatniejsze, które usprawiedliwiły popularność oboźnego tak dalece, że w ważniejszych chwilach historycznych Litwy ogół zawsze, jak sztandar, wysuwał naprzód to nazwisko, stawiał ulubieńca swego na świeczniku, składał w jego ręce losy prowincji, z góry się pisząc na to, co uczynić zechce. Zaufanie takie zdobywa się tylko zasługą prawdziwą, miłością nieobłudną i poświęceniem bez granic.
     Pierwsze wrażenie chłopięce wyniósł Karol Prozor z czasów konfederacji barskiej. Rodzic jego, wówczas tylko starosta, choć już pięćdziesięcioletni, nie uważał się za uwolnionego od służenia zagrożonej ojczyźnie. Trzeba zaś wiedzieć, że najtrudniej się było związkowi rozwinąć na Żmudzi i w Trockiem, a to z racji sąsiedztwa Kurlandii, obsadzonej przez wojska alianckie. Już w sierpniu 1768 r. Biron słał nieustannie odezwy do Petersburga, prosząc o rychłą pomoc i opiekę; w sąsiednich bowiem z jego państewkiem powiatach, mianowicie w upickim, kowieńskim i wiłkomirskim, szlachta zaczęła się wiązać w oddziały, robić akcesa, odgrażając się, że na tron mitawski wprowadzi królewicza Karola. Jakoż z rozkazu carowej ruch w wojskach powstał niemały, a około obrony zagrożonej Kuronii krzątać się poczęli i rezydent rosyjski Simolin, i generał-gubernator Brown. Przestraszony Biron skrył się pod skrzydła generała Browna i po prostu uciekł do Rygi. Skoncentrowano korpus obserwacyjny w Bowsku; dwa pułki piechoty i regiment kirasjerów małymi oddziałami wkroczyły na Żmudź z rozkazem tępienia „szajek konfederackich", albo pędzenia ich w głąb kraju, w stronę, kędy operował korpus Nummersa.
    W odwiecznych nadniemeńskich borach powstała burza niemała, szlachta opuszczała swoje zagrody, aby uniknąć rabunku, a biedna starościna kowieńska musiała z synami w puszczy szukać schronienia. Oboźny opowiadał potem, że wówczas ukochał owe niedostępne lasy, zbliżył się do ludu, cenić go się nauczył, widząc wytrwałą wierność kmieci do matki i do piskląt swego groźnego, ale sprawiedliwego pana. Imponowała malcowi owa przytomność w niebezpieczeństwie, znajomość wszystkich ostępów, trzęsawisk, legowisk dzikiego zwierza. Ciwun babciński, przewodnik stroskanej niewiasty, w puszczy tej, okrytej wiekowymi drzewami, był jak u siebie w domu, a jednym słowem, wypowiedzianym półszeptem, umiał wylękłych natchnąć otuchą i ufnością. Wspomnienia wyniesione z dzieciństwa zostały na zawsze nieraz potem w chwilach niebezpieczeństwa próbował tego środka obrony i zawsze wychodził zwycięsko.
    Konfederacja, przytłumiona w samym zawiązku, wybuchła w lat parę na nowo. Powołał ją do życia Kossakowski, który zdołał się przedrzeć z Polski na Litwę. Na czele 400 ludzi w szalonym zapędzie pomknął w górę wzdłuż pruskiej granicy, najniespodziewaniej zjawił się pod Wilnem, zabrał nieprzyjacielowi transport z 120 koni złożony, połączył się z Zybergiem i Heykingiem i nuż uganiać po kraju, roznosząc postrach w oddziałach przeciwników, które gęstą siecią pokrywały całą spuściznę Gedyminową. Prowincje na północnych kresach niecierpliwie oczekiwały hasła, wrzało tam wszystko straszną nienawiścią, choć na pozór było spokojne. Jakoż w końcu maja 1771 r, stawił się znakomity partyzant za Niemnem, dążył puszczami, wywieszając wpośród ludzi dobrej woli sztandar związku barskiego, a szlachta tłumnie spieszyła na jego spotkanie.

   Starosta pilnie nasłuchiwał, co się wokoło dzieje, milczał jednak, myślał i rozważał, a w końcu jakby się odważył na krok stanowczy, odezwał się raz wobec kilku dworzan i sąsiadów:
    Sprawa to święta, związek tyle już lat walczy z przemocą... Religia i swobody Rzeczypospolitej zagrożone...
   Umilkł i spojrzał wymownie na otaczających, a ci jak w tęczą nań patrzyli. Starosta, znany ze skrytości, wydał się im otwartym zbytecznie, a lakoniczne słowa zrobiły wrażenie mowy należycie określającej sytuacją. Rozbiegło się wszystko natychmiast, aby się nie spóźnić do apelu, a sam starosta wieczorem dnia tego, udając się do swojej izby, gorąco ucałował małżonkę, dworzanom rzucił słów kilka i zabrał się do opatrywania broni. Wydobył ryngraf, układał ładunki, porządkował papiery, a całą noc światło gorzało w jego kancelarii. Na doświtku drzwi się lekko uchyliły i stanęła w nich starościna z synami. Małżonkowie się rozumieli. Nie było tu płaczu z jednej strony, a z drugiej perswazji, zaklęć, przestróg i przyrzeczeń; cały dramat odgrywał się w sercu.
    Jedziesz... rzekła łagodnie niewiasta. Pobłogosławże ich dodała, wskazując na wylękłych chłopców, którzy padli do nóg rodzicowi.
    Starosta krzyż nad ich głową nakreślił, potem z małżonką się żegnał.
    I to rozstanie z ojcem wyruszającym na wojnę utkwiło na zawsze w pamięci dwunastoletniego Karola. Na drugi dzień dwór stał pustką. Matka modliła się długo, wstała z klęcznika mężna i spokojna; o nieobecnych nie wspominano wcale, choć w piersi osiadła tęsknota, połączona z trwożliwym oczekiwaniem.
    Znane są przygody oddziału Kossakowskiego, do którego przyłączył się starosta kowieński. Zaniepokoił on Kurlandię, a pod skrzydłem jego Kurończycy, nieprzychylni Bironowi, wystąpili z manifestem, złożyli 26 000 talarów na potrzeby wojska i dali trochę żołnierza. Wzmocniony tym zasiłkiem, opędzając się nieprzyjacielowi, dążył do połączenia się z Ogińskim. Bitwa pod Stołowiczami, zakończona klęską, rozwiała wszelkie nadzieje. Starosta kowieński wrócił do domu po czteromiesięcznych znojach, z goryczą w sercu, z mocnym atoli przeświadczeniem, że złe da się naprawić, że rąk opuszczać nie należy.
    Z panem wrócili i dworzanie. Chłopcy słuchali pilnie opowiadań o popisach rycerskich, o utarczkach podjazdowych, o najrozmaitszych przygodach. Z tej skarbnicy czerpali wprzódy niźli z książki. Karol oddany został wrychle do konwiktu jezuitów w Krożach, a częste wycieczki do Kurlandii niemało wpłynęły na ogładę. Łączyły zaś Prozorów z tym kraikiem stosunki handlowe; w Rydze zbywali produkta rolne, zaopatrywali się w towary potrzebne i wiadomości polityczne: drogą tą bowiem przychodziły rozmaite wieści z Europy, a i malkontenci kurońscy wiązali się chętnie ze Żmudzinami. Wreszcie i stosunki towarzyskie z rodzinami kurlandzkimi istniały jeszcze, a tradycja dawnej łączności z Rzeczpospolitą nie wygasła była w tym czasie.
    Syn starosty najstarszy, przyszły oboźny, osiemnastoletni młodzieniec, stanowił jakby typ wyjątkowy. Kawaler z wdzięcznym układem, nie oszpeconym jeszcze cechą owej pozornej wprawdzie, ale zawsze wstrętnej służalczości, którą się odznaczała szlachta tej epoki, łatwo zdobywał sympatią ogółu. Pamiętać należy, że owo padanie do nóg, ścielenie się pod stopy, ściskanie kolan i nóżek było wynikiem mody, a nie wyobrażeniem pokory. Zastąpiło ono i wyrugowało prawdziwie piękne, pełne godności własnej, jak i przystojnej czci dla drugich formy ogłady i przyzwoitości towarzyskiej, które używane były jeszcze w XVII wieku. Ale już przeznaczeniem stało się ubiegłego stulecia niszczyć wszystko, co nam przeszłość zostawiła w spuściźnie.

Далей

Вход на сайт
Поиск
Календарь
«  Июль 2019  »
ПнВтСрЧтПтСбВс
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031
Друзья сайта
  • Официальный блог
  • Сообщество uCoz
  • FAQ по системе
  • Инструкции для uCoz
  • Copyright MyCorp © 2019