Вторник, 20.08.2019
Хойнікшчына
Меню сайта
Статистика

Онлайн всего: 2
Гостей: 1
Пользователей: 1
slawamirkorbut

    Bohater nasz, wychowany wśród starych borów trockich, powinowactwem rodu związany z całą niemal Litwą, stosunkami towarzyskimi z Kuronią, już samymi zewnętrznymi formami różnił się od innych. Dumę wziął w spadku po ojcu, ale obok niej serce gorące, obejmujące miłością wszystkich. Duma ta strzegła go w drodze życia, nie pozwalała zboczyć ani na chwilę i cofnąć przed powinnością, choćby ją przyszło największymi opłacić ofiarami.
    Nieraz już podnosiliśmy, że ludzie osiedli na kresach, czy to wschodnio-południowych, czy północnych, oddaleni od stolicy, nie mający z nią częstych stosunków, w piersi nosili idealny obraz Rzeczypospolitej, kochali ją więcej i goręcej, czcili jak matkę, uwielbiali jak świętą instytucję. Coś rycersko-naiwnego było w tym przywiązaniu, ślepym na błędy, nie widzącym ani zepsucia, ani zniedołężnienia. Przy takim usposobieniu poświęcenie było dla zacniejszej szlachty chlebem powszednim. Do powszechnego obywatelskiego uczucia przybywały jeszcze tradycje domowe. Stary ojciec świecił młodemu Prozorowi przykładem własnego życia. Rzymianin z żelaznej epoki przeniesiony w puszcze nadniemeńskie, ów potomek kniaziów moskiewskich fanatycznie był przywiązany do ziemi rodzinnej. W chwili, kiedy ta ziemia potrzebowała pomocy, ani on sam, ani nikt z jego otoczenia nie „deliberował" nad tym, jak postąpić należy, czy człek wyjdzie z niebezpieczeństwa? Łamał się tylko z myślami, żeby pomóc skutecznie, choćby głową nałożyć przyszło.
    Łatwo się domyśli czytelnik, że starosta, choć rozbolały, nie cofnął się przed służbą publiczną, a król jakby chcąc przejednać pana Józefa, posiadającego wpływ niemały na Żmudzi, ofiarował mu kasztelanią witebską. Nowy senator poza obowiązkami wszystek czas poświęcał uregulowaniu kluczą babcińskiego, zrujnowanego podczas barszczyzny.
                                                                                                                    II
     Tak upłynęło lat kilkanaście. Nastąpiło uspokojenie Rzeczypospolitej, zapowiedź lepszych czasów poczynała świtać nad nią.
     Stanisław August w celu zbliżenia się do Litwinów podążył na sejm do Grodna. Po drodze odwiedzał domy możnowładców, zaglądnął do Sapiehów w Rożanej, do Ogińskiego w Słonimie, wreszcie u ks. Radziwiłła przez cały tydzień cudackich zaznawał przyjemności. Dziwaczne to były zaiste uciechy, ale książę Panie Kochanku, słusznie Falstaffem nazwany przez jednego z historiografów naszych, był swojego rodzaju potęgą, stał na czele licznego zastępu, a ciemna tłuszcza szlachecka biła czołem przed nieświeskim panem. Że ciemną była, każdy się na to zgodzi, kiedy mu przypomnimy manifest z 1763 r., na którym wielu ziemian litewskich „jako pisma nieumiejętnych, położonymi krzyżykami" swe nazwiska znaczyło. Nie ubliżało to wprawdzie godności elektów, zawsze atoli wyobrażało stopień wykształcenia. Otóż drobiazg ten przeważnie możnowładcom hołdował, stanowił ich orszak, rąbał się za swoich dobrodziejów i to nigdzie w całej Rzeczypospolitej tak serdecznie, tak fanatycznie, jak na Litwie. Dziadowie na początku XVIII w. równie ochoczo nastawiali karku za Sapiehów, jak wnukowie w drugiej jego połowie za Radziwiłłów. Król znał dobrze stosunki miejscowe, rodził się na Litwie, co nieustannie powtarzał otaczającej go tłumnie rzeszy.
     Piast i Litwin! wołały zaścianki; tak to dogadzało niewinnej próżności obydwu połączonych nierozerwanym węzłem narodów.
     Poniatowski w owym tryumfalnym pochodzie zaglądał i pod strzechy uboższych ziemian, okazywał szczególne względy starym matronom, nadskakiwał młodym, prawił grzeczności wszystkim, rozdawał bogate upominki, wojewódzkim urzędnikom dziękował za wierną służbę Rzeczypospolitej, prosił o wytrwałość, o wspieranie go w ciężkim i trudnym obowiązku rządzenia. Człowiek ten czar rozlewał wkoło siebie; słuchał pobłażliwie długich przemówień, odwiedzał kościoły, klasztory, szkoły po drodze, dla wszystkich stanów był równie uprzejmy słowem bardzo wdzięcznie odgrywał rolę szlachcica, co przed nadchodzącym sejmikiem skarbi sobie względy współbraci. Litwini wyobrażali sobie ukoronowany majestat jako niedostępną potęgę a oto majestat ten schodził ze stopni tronu, pośród nich stawał, nie jako uosobienie grozy, ale jako uosobienie łaski. Majestat ten dawał im czuć na każdym kroku, że jest szlachcicem takim, jak każdy miecznik albo podstoli wojewódzki, nieprzymuszoną tylko wolą narodu podniesiony do godności królewskiej, do sprawowania pierwszego w Rzeczypospolitej urzędu.
    Oczarowanie, powtarzamy raz jeszcze, dosięgło punktu kulminacyjnego. Poza nim już leżało uwielbienie! Kwestia nawet, czy święty, gdyby nagle zstąpił z nieba, obudziłby był pośród pobożnych Litwinów taki zachwyt, jak ów rzekomy Korjatowiczów potomek!
    Jednym z ciekawszych epizodów podróży królewskiej były odwiedziny Pińska. Miasteczko, nieprzebytymi topieliskami otoczone, znalazło gorliwego opiekuna w osobie hetmana Michała Ogińskiego i jego siostry Genowefy Adamowej Brzostowskiej kasztelanowej połockiej, a pośrednikiem tych opiekuńczych projektów był Chomiński, późniejszy kasztelan witebski, wykonawcą zaś Mateusz Butrymowicz, skromny miecznik a zarazem znakomity polski statysta. On to przez błota rzucił ogromną groblę, ciągnącą się cztery mile polskie od Pińska do Karolina którą chciał połączyć Litwę z Ukrainą i skrócić szlak transportowy. Dawniej dla przebycia tego szlaku wypadało stracić kilka dni, wlec się mil kilkadziesiąt; teraz podróżny odbywał wędrówkę po wysokim nasypie o 40 łokciach szerokości, i to w ciągu sześciu niespełna godzin. Butrymowicz prowadził kosztem Ogińskiego i hydrauliczne roboty.
     Poniatowski zboczył do Pińska, niby oglądać ten cud komunikacji, ledwie przed rokiem ukończony. Naturalnie, że sam wykonawca przyjmował dobrego pana. Nie obeszło się bez owacji. Na pamiątkę bytności Stanisława Augusta wzniesiono kolumnę granitową na grobli, opatrzoną napisami w czterech językach: polskim, łacińskim, ruskim i żydowskim. Wrzesień był piękny, ciepły, na nowo usypanym szlaku zebrało się dużo szlachty i pospólstwa. Poniatowski wstąpił do Krystynowa, wioseczki pana Butrymowicza, gdzie go czekał obiad, w nocy odbył się powrót rzeką w pięknie przystrojonej szuhalei, a cała okolica gorzała rzęsistym ogniem; samych beczek smolnych zapalono kilkaset!
     Nazajutrz podejmował króla w Pińsku starosta miejscowy, wspomniany Chomiński, który wystąpił z wspaniałym obiadem, a wiadomo, że należał do rzędu nie lada smakoszów. Po uczcie Najjaśniejszy Pan odbył rewią petyhorskiej brygady, czy chorągwi poważnego znaku.
     Była to litewska kawaleria narodowa. Starosta a zarazem dowódca tego kwiatu rycerstwa prezentował ukoronowanemu gościowi oficerów, w liczbie których znajdował się i młody Prozor. Król znał go dobrze. Karol nieraz bywał na jego dworze, a już w roku 1782 piastował urząd deputata Trybunału. Kształcił się pod tym względem w dobrej szkole ks. Czartoryskiego; podczas prezydentury tego ostatniego przed rokiem odbytej w Wilnie ciągle przebywali młodzi Prozorowie, kasztelanicowie żmudzcy Tyszkiewicze, marszałkowicz mozyrski Oskierko i inni. Nasz bohater, słuszny blondyn, wcale wdzięcznie wyglądał w petyhorskim granatowym mundurze. Mówiono powszechnie, że posiada wielkie zachowanie u szlachty, że zachowanie to wzmogło się od czasu, jak się połączył dożywotnim związkiem z księżniczką Ludwiką Szujską, córką starosty zahalskiego, panną bardzo posażną. Poniatowski szukał ludzi wpływowych na Litwie; po usunięciu Tyzenhauza stronnictwo dworskie nie miało tam reprezentanta, ale w jedne ręce składać pełnomocnictwa było niepodobieństwem, bo i Tyzenhauz upadł dlatego, że był jeden na całą Litwę, że się sąsiadce nie podobała jego przewaga. Przypuszczamy, że już wówczas myślał król o zjednaniu dla siebie Prozora, bo go wyróżniał swą łaską wpośród innych wielu współziemian zebranych w Pińsku, uprzejmie i długo rozmawiał, w końcu dał uczuć, że rad go w Grodnie zobaczy. Młody Prozor nieledwie w orszaku królewskim zjechał na sejm.
     Odtąd powodzenie miał zapewnione, W rok potem został kawalerem Orderu Św. Stanisława, a we dwa lata oboźnym Wielkiego Księstwa Litewskiego. Życie się uśmiechało nowożeńcom.
    O małżeństwie wypada nam choć pobieżną uczynić wzmiankę. Przodkowie samej pani także wziętości używali niemałej. Dziwne to zrządzenie losu! Prozorowie i Szujscy, Rurykowicze i książęta Suzdalscy, dwa konary jednego drzewa, zlaszone teraz zupełnie, połączyły się z sobą! Baftoszewicz nie bez zasady utrzymuje, że Szujscy, a przynajmniej ci litewscy, w brzeskim województwie osiedleni, poczynając od początku XVII wieku byli gorliwymi katolikami, kiedy wołyńscy, podług źródeł rosyjskich, daleko później łaciński przyjęli obrządek. Matuszewicz dowodzi, że kniaziowie w połowie zeszłego stulecia „prym trzymali w Brzeskiem" jako „ludzie fortun znacznych, skoligaceni z wielkimi domami, przy tym wymowni i odważni".
     Wdowa po Adamie Szujskim miała wielu konkurentów, nie tylko dlatego, że była piękną, ale że posiadała także ładną fortunę: mąż nieboszczyk bowiem zapewnił jej rocznego dochodu przeszło 60 000 złotych. W końcu oddała rękę Józefowi Prozorowi kasztelanowi witebskiemu, a wdowcowi po dwóch żonach. Odtąd stało się gorącym życzeniem matki wydanie jedynaczki za najstarszego pasierba. Jakże się ucieszyła, dopatrzywszy między młodymi skłonności, która niebawem rozgorzała prawdziwą miłością. Ślub odbył się w r. 1782; oblubienica wówczas liczyła lat piętnaście, nowożeniec zaczynał rok dwudziesty trzeci.
     Szczęśliwa para spędziła miodowe miesiące w zapadłym kącie województwa mińskiego, na rubieży topieliskami okrytej Pińszczyzny. Chojniki, ich rezydencja, nad błotnistym leżały ruczajem, a ziemia do nich należąca wypełniała sporą płaszczyznę, utworzoną dopływem Prypeci do Dniepru.
     Kraj senny, niski, moczarowaty —- gleba niewdzięczna. Na zachód, za rzeką, ciągnęły się bagniska Rokitnickie, Pohowskie, Radostowskie, Ratyńskie — aż do Buga; ku północy lasy i piaski wołyńskie, lasy i błota Turowskie, wspaniała puszcza kobryńska, owruckie Polesie, tajemnicze, głuche, nieprzetrzebione, niezbadane jeszcze. Wiosną i jesienią tysiące strumieni rozlewało się tu w imponujące stawy i jeziora. Prowincja jakby martwa, komunikacje utrudnionej ruchu nigdzie, jeno na rzekach więcej życia... Począwszy od pławiczki i szuhalei aż do obijanika i barki, najrozmaitsze środki lokomocji wodnej roiły się na wodach — na nich to pełno krzątało się ludu, niemało także ziemian, śpieszących w interesach do grodu, w odwiedziny do sąsiadów.
     Szlachta, zawsze pełna fantazji, stroiła czółna przedziwnie; na banderach powiewały herbowne znaki, statki wysłane były rozkosznymi dywanami, a niekiedy i piękny namiot, pod Wiedniem na Osmanlisach zdobyty, chronił od skwaru i wiatrów. Częstokroć liczne towarzystwo, dążące na festyn kościelny, na brzegu rzeki spędzało noclegi, a wówczas polana przybierała postać obozu, smolne łuczywa oświecały miejscowość — i zaimprowizowana ta iluminacja w dziwny czar przystrajała okolicę. Więc, jak widzicie, i kraik ten nie bez wdzięku, i puszcze mają swój urok, i nawet te kurne chaty, i te szare i skromne miasteczka, jak w gniazdku, w gęstwinie leśnej spowite.
     Starościanka wniosła mężowi dość spory majątek, 47 wioseczek, mianowicie klucz Chojnicki, Ostrohladzki, po ojcu, i Radohski za Dnieprem, po matce — ale opiekunowie panienki obciążyli go dość sporymi długami, tak że małżonkowie przyjęli na siebie zobowiązanie spłaty 400 000 złp. Oboźny zajął się administracją dóbr energicznie i we dwa lata Chojniki należycie zagospodarowane stały się ogniskiem, w którym zbierała się wszystka w okolicy zamieszkała szlachta herbowna.
      Prozor stał się jakby opatrznością tego zapadłego kąta. Trzy ze . sobą w tej stronie stykające się powiaty, mianowicie piński, mozyrski i rzeczycki, wysyłały pod gościnną strzechę Chojnicką swoich reprezentantów. Każda uroczystość ściągała sporo ludu, dążącego tu chętnie, bo każdy był pewny serdecznego przyjęcia. Obszerny dwór modrzewiowy, do dziś podobno istniejący, powiązany z oficynami, mógł pomieścić spory poczet przybyszów, a rozsiadł się w ogrodzie z lasu przerobionym. Wkoło pełno było lamusików, a od staroświeckiego ganku biegła szeroka ulica, po której obu stronach przymilało się do wędrowca kilkanaście schludnych dworków. Izby gościnne umeblowane po pańsku, obwieszone różnokolorowym adamaszkiem; jadalna komnata olbrzymia, kredens zaopatrzony w srebra, strojne kniaziowską koroną, piwnica zamożna. A i dla umysłu znalazłeś tu pokarmu niemało: biblioteka, jedna z największych na Polesiu, archiwum familijne uporządkowane, sięgające XV w., galeria obrazów nie lada. Toż przecie Józef Oleszkiewicz, jak utrzymuje Detiuk, „kształcił swój talent w domu Prozorów, gdzie bogaty zbiór pięknych malowideł naprowadził młodego artystę na drogę prawideł sztuki". Przed kilkunastu laty miałem w ręku pamiętniki, których autor nazywał oboźnego Radziwiłłem Poleskim— porównanie według nas bardzo niestosowne, bo jeżeli Prozor nie żył tak wystawnie, jak książę Panie Kochanku, to z drugiej strony, wpływ jego na otoczenie był całkiem inny, szlachetniejszy i zbawienniejszy. W Nieświeżu rozpasanie i wieczna panowała zabawa, kiedy Chojniki daleko od Nieświeża skromniejsze pełniły misją cywilizacyjną. Otwarte na ścieżaj dla ludzi dobrej woli, nęcące urokiem rozrywki, nie tylko ją jedną miały na celu — młody dziedzic wnosił w ten senny zakątek ducha reformy, ożywiał go, rozruszał, zamiłowanie do zmian pożytecznych zaszczepiał, hartował na przyszłe znoje i troski.
     Tłumnie i wesoło zbiegły pierwsze lata małżonkom. Już pomijając dalszych sąsiadów, sami bliżsi stanowili poczet niemały, a równie serdecznie byli podejmowani senatorowie, dygnitarze powiatowi, jak i zagonowa, w zaściankach osiadła szlachta. Obok sajety spotykałeś tu skromną kapotę, obok słuckiego pasa, prosty rzemienny, obok drogiej karabeli, powiązaną szerpentynkę. Odwiedzali więc oboźnego Ogińscy, Brzostowscy, Sapiehowie; najczęściej wszakże gościli w Chojnikach Oskierkowie, piastujący wyższe urzęda w Mozyrskiem, senatorów liczący między antenatami. Szczególnie łączył Karola Prozora przyjazny stosunek z Janem, strażnikiem litewskim, mieszkającym w sąsiednim Barbarowie. Równie często przebywał tu Józef Judycki, sędziwy sędzia rzeczycki, człowiek zamożny, zwolennik reformy, nadto Wańkowicz podczaszy piński, Kurzenicki chorążyc piński, bracia Chaleccy, pisarz i podkomorzy rzeczycki; Jeleński podstarości grodzki mozyrski; Fronckiewicze itd. Bywało tu. kilku Wielko- i Małopolanów, jak Rokiccy, Radziejowscy, Malinowscy, Sulimowie, Przyborowscy. Ostatni z p. oboźnym przywędrował z Kowieńskiego, dokąd ich była zagnała burza pierwszego zaboru: od wieków bowiem siedzieli na Bągarciku, małej wioseczce w Malborskiem, aż kiedy Prusacy kraj zalali, p. Grzegorz Przyborowski wyprzedał się i pociągnął na Litwę. A i drobiazg szlachecki, jak o tym wzmiankowaliśmy, tłumnie śpieszył do Chojnik. Tak dobrze widziany tu bywał Wołk, Lenkiewicz, Przybora, Zudra, Szeluta, Komuniaka, Orzeszko, Szyrm, Szukszta, Wichert, Wolbek, jak Wisłouchowie i Pietkiewicze, całymi zaściankami składający atencją Jaśnie Wielmożnemu Oboźnemu.
     I nie dostrzegłeś w tej rzeszy służalczości, w stepowych ukrainnych województwach tak bardzo rozpowszechnionej. Uszanowanie należne dygnitarzowi nie pozbawiało głosu biednego, na zagonie osiadłego szlachcica, a choć nosił juchtowe buty od święta, a w domu często gęsto i łapciów używał, ale tradycją herbowną znał doskonale, papiery rodowe jak skarb przechowywał, a wszystkie parantele i związki miał w pamięci. Szarak wiedział dobrze, że przy pańskim stole na szarym końcu należy mu- się miejsce, nie darł się wysoko, ale też z tego szarego końca grzmiał niejednokrotnie głos protestacyjny, śmiało, odważnie, jeżeli ktoś z jaśnie wielmożnych wypowiadał zdanie niezgodne z duchem swobód Rzeczypospolitej.
     Nazwiska otaczających Prozora jednopowietników zregestrowaliśmy tu nie bez celu, skrzętny bowiem czytelnik znaleźć je może w skromnym sumariuszu ludzi, walczących w kilkanaście lat potem. Burza dziejowa rozpędziła gości Chojnickich za uralskie puszcze śnieżyste, na piękne równiny Cysalpińskiej Rzeczypospolitej, pod skwarne niebo Ameryki. I gdzież ich nie było... gdzie nie było?
     Nie same tylko zabawy, festyny i polowania miał oboźny na myśli. Często na dworze jego — przy szklance starego miodu rozstrzygały się bardzo ważne kwestie. Powoli, nieznacznie, dotykano spraw dobrobytu i rozwoju prowincji, a od rozpraw przechodzono do czynu. Zaczęto od komunikacji. W sąsiedniej Pińszczyźnie cudów pod tym względem dokonał Butrymowicz; dlaczegóż nie spróbować tego w Mozyrskiem i Rzeczyckiem, gdzie topieliska były mniejsze a lasów aż do zbytku? Jakoż p. oboźny zapraszał do siebie często znakomitego hydrologa, który z obywatelską gotowością wytykał drogi, wskazywał sposoby osuszenia błot, oznaczał miejsca, kędy budować groble lub kopać kanały należało; wspaniały kafar jego konstrukcji wędrował od dziedzica do dziedzica, a wdzięczni Litwini olbrzymie cielsko pożytecznego narzędzia stroili w wieńce z choiny, witali i żegnali kielichem.
      Po komunikacjach przyszła kolej na handel. Prozor pracował nad tym, żeby go wyzwolić z rąk żydowskich, jednak, wyznać musimy, bez skutku. Największą atoli zasługą Chojnickiego pana było ulżenie doli kmiecej. Los Poleszuka wcale nie był do zazdrości, drobni posiadacze wyzyskiwali go okrutnie; stepowe poddaństwo nie da się nawet porównać z owym leśnym: choć pierwsze nieustannie się burzyło, drugie zaś w milczeniu i pokorze krzyż swój dźwigało. Oboźny uregulował stosunki te nad Prypecią w obszernych swoich dobrach, liczni przyjaciele poszli za jego przykładem, byt chłopa zmienił się do niepoznania. Najwznioślejsze to świadectwo zabiegów Prozora na Polesiu, ale o nim niżej na właściwym pomówimy miejscu.
      Nowy splendor spłynął niebawem na Chojniki. Stanisław August zaproponował oboźnemu marszałkostwo trybunału wileńskiego; a nie zapominajmy, że dotąd na czele tej najwyższej w kraju magistratury zasiadali ludzie poważni wiekiem i doświadczeniem, jak Chodkiewicze, Pocieje, Ogińscy, Sapiehowie, Radziwiłłowie i Czartoryscy... Prozor zaś liczył wówczas lat 28, nie był senatorem, nie był nawet znany dobrze na obszarze całego Księstwa — kariera więc tym większa.
      Mimo woli zboczyć musimy na chwilkę i wtrącić mały epizod z przygód Poniatowskiego, który może rzuci trochę światła na to wywyższenie oboźnego, skądinąd zasłużone, jak tego późniejsze dowiodły wypadki.
      Rzecz się działa w 1787 r., podczas podróży Stanisława Augusta do Kaniowa. Podejmowany w Łabuniu przez miejscowe obywatelstwo, koronowany bałamut miał zwrócić pożądliwe oko na obecną tam panią Szujską. Oto, co o tym pisze Ochocki: „Król z szczególnymi był względami dla księżnej Szujskiej, osoby jeszcze bardzo pięknej i miłej, wszyscy to uważali, a po cichu szeptano; ale jam nie widział, a domyślać się nie chcę." O zalotach Poniatowskiego gdzie indziej jeszcze napotkałem wzmiankę, mianowicie w rękopisie, w którym autor skrzętnie zaregestrował wszystkie kobiety zaszczycone względami wietrznego Ciołka. Wątpimy, czy podobna elukubracja ma jakie historyczne znaczenie, choć twórca jej niemało do swojej pracy przywiązywał wagi. Zapatrywał się na nią z obyczajowego stanowiska, nie miał pretensji do oryginalności, lecz wzory czerpał w literaturze rosyjskiej, naśladując pod tym względem historiografów moskiewskich, którzy skrzętnie zaregestrowali wszystkich faworytów Katarzyny, zaznaczając nawet daty zdobycia łask jej, a potem epokę dymisji. Otóż i z tego rękopisu polskiego dowiadujemy się, że w rzędzie innych chwilowych ulubienic Poniatowskiego figurowała i Szujska. Była ona synową starosty niżyńskiego z Terebuni w Brzeskiem, a więc bratową Prozorowej. Czyżby miała przypomnieć pamięci pańskiej męża swojej powinowatej? Domyślać się nie chcemy; a jednak Stanisław August — właśnie po powrocie z tej wędrówki, kiedy ks. Michał Radziwiłł, kasztelan natenczas wileński, zrzekł się funkcji marszałkowskiej, zaproponował ją młodemu oboźnemu.
     Litwa, powtarzamy raz jeszcze, niepomału tym została zdziwiona. Tylu zasłużonych senatorów, tylu patriarchów narodu pominięto, a na prezydialnym krześle zasiada młodzieniec wprawdzie zacny, ale zawsze młodzieniec jeszcze. Kto wie, do którego przychyli się stronnictwa? Nie wchodząc jednak w pobudki, jakie kierowały królem, przyznać potrzeba, że wybór był bardzo szczęśliwy.
     I jeszcze jeden fakt mamy do zaznaczenia z tej epoki, chwalebny, jak na owe czasy zwolnienia stosunków rodzinnych. Młody Prozor, zaproszony na wysoki urząd, dziękował gorąco Poniatowskiemu i dodał skromnie, że się będzie starał odpowiedzieć godnie zaufaniu, przyjmie go atoli wówczas tylko, kiedy otrzyma na to zezwolenie i błogosławieństwo ojca. Sędziwy wojewoda witebski żył jeszcze, właśnie wyrzekł się niedawno krzesła w senacie dla podeszłego wieku. Stanisław August, zachwycony odpowiedzią oboźnego, pisał do starca, wstawiając się za młodzieńcem, „w którym z radością upatruje nadzieję jednego z najpożyteczniejszych dla kraju obywateli". Rodzic rozrzewniony przesłał Najjaśniejszemu Panu pokorne dzięki „za pamięć o dziecku", pozwalał i błogosławił, bał się tylko wydatków, pamiętny na to, że syn „niewielkiego funduszu" ma jeszcze ciężary przypadłe nań z majątku żony.
     Tryumf niemały był na Polesiu; powinszowania sypały się zewsząd, zaścianki trzęsły się z radości, jak gdyby na nie część zasługi i splendoru spływała!
     W grudniu 1787 r. zjechał Prozor do Wilna. Wbrew zwyczajowi nie przyjął pensji wyznaczonej dla marszałka w kwocie 30 000 zł i własnym kosztem pełnił służbę publiczną, a tak zaszczytnie, że ogół utrzymywał, jakoby pan marszałek należał „do stronnictwa sprawiedliwości", kiedy jego poprzednicy albo Radziwiłła, albo Tyzenhauza, albo Czartoryskiego byli adherentami. Drobiazg ziemian przyklaskiwał sądom Prozora; za to możnowładcy sarkali na niego. Książę Panie Kochanku publicznie się żalił, że przegrał sprawę w trybunale — co było rzeczą niezwykłą; biskup Kossakowski skarżył nawet marszałka do Rady Nieustającej — ale nic nie wskórał. W notatce udzielonej nam przez rodzinę oboźnego czytamy, że „w czasie marszałkowania jego trybunałowi stał się fakt, że proces pomiędzy księciem Sapiehą, a biednym jakimś szlachcicem Koplewskim (?) przez lat 25 od sesji do sesji odsyłany, rozsądził on stronę uciśnionego bez względu na bliskie swoje z Sapiehami stosunki"...
      Nowy liść przybywał do obywatelskiego wieńca zasługi. Prozor trzymał w stolicy Księstwa salony otwarte. Naturalnie, że tutaj się więcej gości zbierało jak w Chojnikach, zwłaszcza że pani była uprzejma, a pan wylany na usługi łatwo jednał serca współherbownych, tak że niemal wszystkie stronnictwa miały tu swoich reprezentantów. Na Litwie górowała partia pruska, postępowa, jak ją wówczas nazywano. Optymiści mocno wierzyli, że dość wystąpić z insynuacją w Berlinie, a zastępy niemieckie pośpieszą ku pomocy Rzeczypospolitej. Głośno o tym mówiono na „asamblach" u marszałka, ktoś nawet broszurę tej treści rozrzucił. Doszło to do króla, który pisał do oboźnego, pytając, azali prawdziwą jest wieść owa? Prozor uspokoił natychmiast ukoronowanego korespondenta, zaręczając, „że naród słuchać nikogo nie będzie, tylko głosu pana swojego..."
      Reforma znalazła w nim gorliwego poplecznika: toteż uroczyście obchodził jej wprowadzenie. „Nawet w zapadłym kącie Mozyra — pisze Kraszewski — w Chojnikach, wspaniale święcono konstytucję. Grzmot dział z rana obudził gości, a o 10-ej rozdano im kokardy saskie, zielone z białym mężczyznom, kobietom wstążki białe z napisem: Król. Prawo. Ojczyzna. Ze wstęgami i kokardami szli najprzód wszyscy do kościoła, a cały dzień zajęły zabawy przy stosownych ozdobach stołów i gmachów. Cyfry królewskie, herby marszałków sejmowych, świątynie sławy, wieńce obywatelskie jaśniały wszędzie."
      Tak to ludzie witali jutrzenkę lepszej przyszłości, nie widząc ciężkich chmur, zbierających się na horyzoncie. Że Polesie ich nie dostrzegło — nie dziw, bo całe w puszczach i topieliskach ukryte, wierzyło gorąco w trwałość robót sejmowych, a wierząc miało się prawo cieszyć z ich ukończenia... Wreszcie ziemianie polescy zapatrywali się na Prozora, a on był przekonany, że się reforma ostoi. Szlachta, gmin, żydostwo, słowem wszystkie stany wielbiły Chojnickiego pana. Z biegiem czasu ludzie jakby zapomnieli imienia i nazwiska jego, bo go nie powtarzali; tytuł: oboźny wielki litewski, znaczył wszystko. W lat kilka tytuł ten wyrugowało inne orzeczenie: „najgłośniejszy na całą Litwę patriota..." Zdobył je Prozor ofiarnością w chwili, kiedy ogół ludzi, do jednej z nim należących warstwy społecznej, dawno już sprawę uważał za przegraną i ratując mienie, zalecał się do nowych panów.
                                                                                                                 III
      Targowica nie dotknęła prawie Polesia. Wprawdzie 3-lipca 1792 r. marszałek Putkamer, świeżo kreowany dygnitarz, przybył do Pińska, a generał rosyjski Cymerman dodał mu do pomocy oficera i trzydziestu szeregowców — ale nie na wiele to się zdało — błota i trzęsawiska należycie zabezpieczały od napadów. W miesiąc potem spłynął w te strony pułk petersburskich dragonów pod, dowództwem jenerała Hermana, lecz i ten dokazywał tylko w ludniejszych miasteczkach, jak w Pińsku i Mozyrze — a nie miał odwagi dotrzeć do Rzeczycy i Łojowa.
       Sejm grodzieński przejął grozą i strachem ludzi dobrej woli; zadaniem ich stało się odtąd nie opuszczać rąk w najcięższych chwilach; zbierali się na tajemne narady pod jego bokiem w samym Grodnie. Z najodleglejszych krańców Rzeczypospolitej zbiegli się tu nieprzejednani. Na zamku krajano spuściznę Jagiellońską na szmaty; w ubogich zaś kryjówkach na przedmieściu pracowano nad tym, jak te strzępy znowu spoić, choćby przyszło robotę okupić krwi własnej strumieniem. Fanatycy nowego porządku rozpoczynali nowy okres dziejowy. Dawniej publicznie radzono o potrzebach kraju, senatorowie głośno wypowiadali swoje zdania, tak głośno, aby ich wszystek naród słyszał, podnosili się nad tłum, aby ich wszystek naród widział. Teraz reformatorowie ustępowali w podziemia, żaden z nich insygniów widomych władzy nie miał na sobie — ubogo i smutno było, jak w grobie, w owych zaimprowizowanych izbach radnych. Reprezentanci gorąco poślubionej idei, przedstawiciele nowej ery, stroili się często w szaty żebracze albo pielgrzymie, zmieniali nazwiska słynne z zasług w kraju na jakieś wymyślone, nie opromienione nawet indygenatem.Powszechność nie znała swoich obrońców, spuszczali się w czeluście, by zginąć — zwycięzca tylko wydostawał się na wierzch, ale zwycięzców nie było — a zwyciężeni?

Далей

Вход на сайт
Поиск
Календарь
«  Август 2019  »
ПнВтСрЧтПтСбВс
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031
Друзья сайта
  • Официальный блог
  • Сообщество uCoz
  • FAQ по системе
  • Инструкции для uCoz
  • Copyright MyCorp © 2019