Вторник, 20.08.2019
Хойнікшчына
Меню сайта
Статистика

Онлайн всего: 1
Гостей: 1
Пользователей: 0

    Kiedyś wracałem chyba z Wilna, pod opieką ogrodnika. Na stacji w Kalenkowiczach nie było koni, tylko czekał bałaguła46 z wiadomością, że wskutek słabego lodu konie nie przejechały przez rzekę i czekają w Mozyrzu. Przez Prypeć podróżnych przewoził po wyrąbanym w lodzie kanale tak zwany bat, czyli duża łódź, która od biedy zabierała nawet furmankę z koniem. Wieczór zapadał, był to chyba koniec lutego. Furman powiedział, że wuj czeka na nas w Barbarowie. Nałożyliśmy dachy47; czwórka koni, dzwoniąc janczarami, szybko pomknęła po gładkiej drodze, która po pewnym czasie skręciła w dół i jechaliśmy rzeką. Zdążyłem się zdrzemnąć, gdy nagle trzask i krzyki, przednia para zapadła, tylko łby wystają z przerębla. Na szczęście dyszlowe konie mocno zaparły się, chrapiąc, i sanie pozostały na lodzie. Furman z ogrodnikiem odczepili konie lejcowe, skądś nadbiegli ludzie i pomogli wyciągnąć zestrachane konie. Dojechaliśmy syci wrażeń dobrze w nocy do Barbarowa, gdzie oczekiwał nas wuj Edward i wuj Oleś (Aleksander Horwatt).
  Rewolucja 1905 roku. Pamiętam ogromne kary, zaprzęgnięte we wspaniałą czwórkę koni. Załadowano nas wszystkich, kilkanaście osób, a na wielkiej, pięknie heblowanej tyczce wił się za nami kilkumetrowy czerwony sztandar. Przejechaliśmy, krzycząc „hurra”, przez miasteczko i z powrotem. W kilka dni potem, wieczorem, zajechało znowu kilka kar, znowu nas wszystkich załadowano plus jeszcze kilkanaście osób starszych, wszyscy uzbrojeni w najrozmaitsze bronie palne, ja z dumą dzierżyłem ogromny pistolet pojedynkowy, ruszyliśmy w ciemną noc. Okazało się, że w kierunku na Barbarów. W Barbarowie, po krótkich pertraktacjach ze stróżem przy bramie, zajechaliśmy pod dom przy akompaniamencie strasznej strzelaniny. Mój pistolet brał żywy udział, strzelając co prawda samymi kapiszonami. Podobno wuja Olesia z trudem później wydostano spod kanapy w salonie.
   Potem przyszło wojsko i mieszkało w namiotach. Pamiętam białe czapki i białe letnie rubaszki. W przedpokoju, w ogromnym holu, pełno zawsze było broni i amunicji. To mi dało okazję do sporządzenia swego rodzaju „bomby”. Do zwędzonej w garderobie pończochy wsypywałem, co tylko było pod ręką – rozkręcone naboje śrutowe, gwoździe, naboje sztucerowe, odłamki szkła – zapewne była to reminiscencja z wysadzenia kolubryny przez Kmicica: „Naści piesku kiełbasę”. Moja pończocha zapełniała się szybko, a nosiłem ją na sznurkach wzdłuż nogi pod spodniami. W tym czasie pojechaliśmy, tym razem oficjalnie, na obiad do Barbarowa. Tam po obiedzie ciocia Wiwa (z Krasickich Horwattowa) bierze mnie na kolana, a czując coś obcego, pyta: – A co tam masz takiego? – To bomba na Dzidzię48. – Dzidzia to była jej córka jedynaczka, późniejsza Józefowa Jezierska. Szybciej niż myśl zostałem strzepnięty z kolan, bombę odebrał zaraz wuj Edzio i wśród krzyków oraz pisków cioć i pań wysypał jej zawartość na tacę do czarnej kawy. Potem kilkakrotnie mnie indagował z ciekawości nad pomysłowością, jak sobie wyobrażałem wybuch tej bomby.
   Przyszła moda na proce, strzelaliśmy nawet dość celnie, tak że przy pewnej częstotliwości od czasu do czasu trafialiśmy wróbla w locie. Kiedyś zajęty takim obstrzałem, posłyszałem przez okno głos wuja, który mnie wołał do siebie. Wchodzę do ubieralni i od razu widzę malutką dziurkę w szybie (strzelaliśmy z procy grankulkami49). Wuj gładzi mnie po głowie i chwali celność strzału, że go prosto w brzuch trafiłem przez okno. Nie pomogły moje tłumaczenia, że w ogóle go nie widziałem, a strzelałem w lot do wróbli. Długi czas występowało: „Jak ten Andrus świetnie z procy strzela”.
   Wzrok w tym czasie miałem świetny, zresztą jako dalekowidz mam taki i obecnie. Na polowaniach zwykle pierwszy zauważałem nadciągającą zwierzynę, z łódki z daleka spostrzegałem kaczki na wodzie. Kiedyś wracając z grzybobrania, zauważyłem przez pole na skraju lasu borowika, dość dużego co prawda, ale z odległości chyba pięciuset metrów, którego nikt nawet przez lornetkę zobaczyć nie mógł. Dopiero przyniesiony przeze mnie grzyb potwierdził moją spostrzegawczość. Odtąd wuj mnie zawsze zabierał ze sobą na wszystkie przejażdżki i polowania, bo – jak mówił – przynoszę szczęście, a ja tylko zawsze jakoś wcześniej zdążyłem zauważyć i myśliwemu uwagę zwrócić.
   Mimo posiadania doskonałych fortepianów muzykowano – poza lekcjami na fortepianie – raczej rzadko, chyba że przyjechał ktoś dobrze grający. Dolo ślicznie gwizdał, mój Ojciec śpiewał bardzo przyjemnie, zwłaszcza różne włoskie arie i kancony. Wszystkie panie natomiast rysowały i malowały, a i rzeźbiły doskonale, zwłaszcza gdy się pojawiła plastelina, także wypalały specjalnymi palnikami w drzewie, wreszcie haftowały i wyszywały.
   Moja Matka kopiowała olejne obrazy, umiejąc trafić koloryt i patynę. Mój Ojciec malował wtedy dużo, robił cudowne portrety akwarelą oraz olejne obrazy mitologiczne i rodzajowe, między innymi namalował i mój portret, jako pacholęcia trzymającego sztandar. Pozowałem z tą samą tyką, z którą jeździliśmy do miasteczka, tylko że spomiędzy fałd amarantowego koloru na obrazie nawet nie bardzo dyskretnie wyglądały kontury i pióra orła białego. Obraz ten wisiał w kancelarii wuja na bardzo widocznym miejscu. Wielu urzędników przyjeżdżających interesowało się obrazem, ale nigdy na temat białego orła żadnych zahaczeń nie było.
   Najbliższy kościół był w Mozyrzu albo w Ostrohladach. Co niedziela więc o godzinie jedenastej cały dom zbierał się „na pacierze”, w czasie których z książki do nabożeństwa odczytywano modlitwy odmawiane podczas mszy świętej oraz ewangelie przypadające na dane święto czy niedzielę. Teksty modlitw były staroświeckie i nieraz dość dla dzieci zabawne, tak że musieliśmy się mocno trzymać, aby przy niektórych odczytywanych fragmentach nie parsknąć śmiechem i nie dać się do tego sprowokować. Takie teksty, jak: „Sięgam do Twego boku, Panie, i biorę stamtąd tyle, ile na zapłacenie długów moich potrzebuję…” albo: „Czuję się jako liść jesienny w ziemską wdeptany kałużę” itp.
   W parku nad brzegiem rzeki była kaplica, gdzie dwa albo trzy razy do roku przyjeżdżał ksiądz i odprawiał nabożeństwo, na które ściągały tłumy, bo katolików było jednak więcej, niż się na pozór zdawało. Przychodziło też sporo prawosławnych – byłych unitów. Pod kaplicą znajdowały się groby rodzinne i to motywowało jej istnienie jako grobowca. Co powstało wpierw, kaplica czy groby, trudno osądzić, ale musiało to być przedmiotem jakichś ważkich interpretacji, bo gdy w 1911 roku umarł mój dziadek Oskierka, to choć pochowany został w Wilnie na Rossie, na kaplicy pojawiły się duże cementowe litery: GROBOWIEC ALEKSANDRA OSKIERKI.
    Dużo później, gdzieś w 1917 roku, pochowano tam Dola, który umarł na gruźlicę kiszek w Helsinkach.
    Kaplica posiadała komplet ornatów, bielizny kościelnej, trybularze, fisharmonię, a w ołtarzu – obraz malowany przez mego Ojca.
    Prypeć, tworząc łuk w stronę domu, podmywała brzeg i zbliżała się groźnie pod betonowe schody, którymi schodziło się na właściwy brzeg. Tu ustawiony był prowizoryczny debarkader50 do wsiadania i wysiadania ze statków, które bardzo chętnie, może zresztą za jakąś opłatą, zatrzymywały się na wywieszony sygnał. Dla ratowania sytuacji sprowadzono robotników, Ukraińców, którzy prowadzili roboty zabezpieczające, budowali „chacie”, czyli to, co obecnie nazywa się materace i ostrogi. Robotnicy mieszkali w namiotach i wieczorami cudownie śpiewali na głosy, zwłaszcza kiedy wuj, amator śpiewu, posłał im wiadro gorzałki. Roboty zdawały egzamin, ale rzeka brała rewanż i rwała obok, tak że prace rokrocznie przesuwały się z biegiem rzeki i robotnicy przez parę lat z rzędu zamieszkiwali latem w namiotach. Co pewien czas przyjeżdżał na inspekcję „własnym”, a właściwie dyspozycyjnym statkiem „Pińsk” inżynier Skirmuntt51, zawiadujący drogą wodną Pińsk – Kijów – Elizabetpol. Inspekcja kończyła się zwykle dłuższą lub krótszą przejażdżką po Prypeci. Statek był urządzony luksusowo, z pięknymi boazeriami, dziełami sztuki, a inżynier Skirmuntt, który większość roku na nim mieszkał, miał kucharza i nieraz wydawał przyjęcia.
   O jakieś dwa kilometry w górę rzeki, nad samym brzegiem znajdował się tartak pewnej spółki drzewnej, oczywiście żydowskiej. Od tartaku w głąb lądu prowadziła kolejka wąskotorowa, sięgająca daleko w las, która rokrocznie się przedłużała i rozgałęziała. Miała prawdziwe lokomotywki, wagony – głównie lory do wywozu drewna, ale też jeden cudny wagonik pasażerski dwukolorowy, pierwszej i drugiej klasy. Poza tym drezyny. Drezynami tymi jeździło się w głąb lasów jesienią na ciągi kaczek, a wiosną słonek. Zimą na polowania szedł „pociąg specjalny”, który oprócz osobowego ciągnął kilka wagoników towarowych dla nagonki.
   W lesie były mijanki, a po piętnastu kilometrach nawet „prawdziwa” stacja kolejowa. Przez bagna usypywano groble lub stawiano długie mosty i to były najlepsze tereny na kaczki i słonki, które nie zmieniały toru lotu, do jakiego były przyzwyczajone.
   W pałacu na dole był pokój przyrodniczy. W nim ogromne szafy pełne wypchanych ptaków i drobnych ssaków. Gady i płazy pływały w spirytusie, ryby były wypchane. Specjalny „wypychacz”, Niemiec, zamieszkiwał w suterenach i zajmował się wypychaniem, gdyż kolekcję stale uzupełniano. Był oczywiście wypchany wilk i ryś. Wilki nigdy nie występowały w nadmiernej ilości i nigdy nie słyszałem o jakiejś przygodzie z wilkami, choć na wiosnę zawsze opowiadano, że gdzieś tam znaleziono szablę i buty stójkowego, resztę zjadły wilki. Przy ówczesnym spożyciu alkoholu wypadki takie nie były wykluczone, trzeba jednak odwrócić kolejność faktów: najpierw zamarzł pijany stójkowy, a potem go wilki zjadły. Wuj Edward, który zawsze wszystko robił spontanicznie i z udziałem dzieci, parę razy brał nas na wyprawę z prosiakiem do lasu, saniami w nocy, jednak nie dało to efektów i wilki nie nadeszły.
   Na Boże Narodzenie wjeżdżało do przedpokoju lub biblioteki drzewko pod sufit. Okazywało się, że fraucymer już od dawna lepił łańcuchy i inne ozdoby. Ciotki też kleiły piękne ozdoby prawdziwie artystyczne, ale gros wisiorów stanowiły cukierki, pierniki i ciastka. Pełno też było jabłek i orzechów. Na czwarty czy piąty dzień, pod wieczór przychodziły dzieci folwarczne. Każde dostawało torbę wypełnioną łakociami oraz chustkę albo skarpetki. Odbywała się jakaś deklamacja, śpiew kolędy i nagle, nigdy nie wiadomo kiedy, następował szturm na drzewko. W trzy minuty było już po wszystkim. Gdzieś z boku leżał goły pieniek, a z zawieszonych cudności ani śladu.
    Na Wielkanoc pojawiało się święcone, coś jak w wierszu El…y’ego – jakie było to święcone za dziadunia dziadzi lat.
   Przez całą długość biblioteki stał stół, chyba do dwudziestu metrów długi. W środku zielona altana, w niej baranek. Z dwóch końców stołu dwie głowy: świni pieczonej oraz dzika w skórze i z jajkiem w pysku. Głuszec, cietrzew, dzika kaczka w piórach, a potem już szynki gotowane i pieczone, całe stosy kiełbas, pieczone prosięta z kaszą, rolady, pieczone ptactwo, indyki nadziewane śliwkami albo kasztanami, jeszcze mięsiwa, galarety, auszpiki52, sałatki, chrzany, sosy. A potem szeregi bab, które rozpoczynał baumkuchen sękaty, z kolei szła baba szafranowa, jajowa skromna, jajowa bogata, według recepty cioci Andzi, z przepisu doktorowej, potem mazurki: królewski, cygański, przekładanych z dziesięć gatunków, pomarańczowy, śliwkowy – tu królowały przepisy babci Zosi53, cioci Mani54 albo po prostu z kalendarza. Wśród tego dobrobytu stały jeszcze misy kolorowych jajek, nierzadko pięknych pisanek – znowu arcydzieła ciotek. W jednym końcu na dostawionym z boku nieco niższym stoliku stały butelki, cały las butelek różnego formatu, koloru, o przeróżnych zawartościach, od wiekowej starki począwszy. Rozpoczynano od jajek i szynki, a po jakiejś godzinie wnoszono barszcz w filiżankach, którego zresztą było ad libitum. Dopiero długo po tym, jak już nawet jedzenie mazurków miało się ku końcowi, wnoszono herbatę i czarną kawę.
    Koło godziny piątej po południu szło się na folwark do domu rządcy, gdzie rozpoczynano wszystko od nowa.
    Któregoś roku, gdy w zamieszaniu świątecznym potrawy jadło się na stojąco – zaledwie parę starszych osób zasiadło do ustawionych z boku stolików – założyłem się z kuzynką Olą, że wypiję tyle samo co Kulicki, tylko że nie szklanką, a kieliszkiem; miałem wtedy sześć – siedem lat. Krążąc wokół stołu i odżywiając się solidnie, raz po raz podchodziliśmy do małego stolika i tam wybieraliśmy jak najbardziej niepozorne butelki, takie zabrudzone, dziś bym powiedział: omszałe, i kolejno kieliszek za kieliszkiem wypijałem, dążąc do ustalonego rekordu. Jeszcze mi ktoś ze starszych trochę dla żartu ofiarował ćwierć kieliszka wódki czy starki, na to wszystko przyszły pierwszy raz w życiu pomarańcze! Może by zresztą wszystko skończyło się szczęśliwie, chociaż niektórzy zwracali uwagę, że jestem nadęty i czerwony okropnie, ale szło to na karb święconego. Niestety, trzeba było iść do rządcy. Jak się szło, tak się szło, ale się doszło. Potraktowano jednak dzieci czymś bardzo słodkim i tu się poczułem niedobrze, chciałem wyjść na dwór, niestety w drzwiach wprawiony był niedawno ósmy cud świata, zamek zatrzaskowy (pierwsze yale). Ani rusz go otworzyć, nastąpiła katastrofa – wyjechało wszystko między drzwi, z pomarańczami łącznie. Gorzej, bo zaczęło przeciekać pod drzwiami do pokoju. Chcąc więc ukryć moje postępowanie, schwyciłem czyjś kalosz i zacząłem czerpać między drzwiami i nosić za kufer stojący pod ścianą – i na tym mnie przyłapano. Obudziłem się na drugi dzień dopiero koło dziesiątej. Zakład wygrałem.
   Ulubionym moim zajęciem było łapanie ryb w rzece. Trzeba przyznać, że sprzęt miałem doskonały, własnej roboty, wykonany pod wskazówkami doświadczonych rybaków zasiadających na długie godziny pod wieczór i wcześnie rano wzdłuż brzegu. Ryb było mnóstwo: płotki, kiełbie, okonie, krasnopióry, szczupaki i inne przez nas samych cudacznie nazywane. Zazwyczaj stawiało się na „haci” w głębokim miejscu wędkę szczupakową na żywca, a samemu mniejszą wędką łowiło się w płytszych miejscach na robaka, muchę lub groch. To zwłaszcza na leszcze. Od czasu do czasu, raz na parę dni, brał na żywca szczupak i jeżeli nie zaplątał linki w faszynie, dostawało się go za pomocą podrywki. Z tych czasów pochodzi anegdotka opowiadana o mnie przez wuja Edzia: „Szukają Andrusa, nie ma, wołają, nie ma. Wreszcie znajdują na «haci» łowiącego ryby. – Czemu nie odpowiadasz na wołania?! – W odpowiedzi niewyraźny bełkot. – Bo robaki trzymam”. Ale to była nieprawda.
    By już skończyć z rybami, przypominam wspaniałe zimowe połowy na starym korycie rzeki, czyli na tak zwanym Staryku. Na rzece wyrąbane były w poprzek przeręble około dwóch metrów długości w odstępach metrowych, na głównym nurcie, czy też nazwijmy to: na szlaku rybnym. Koło przerębla stawało dwóch ludzi z tyczkami, do których przymocowany był koniec dolny siatki, długości przerębla. Górny brzeg siatki opierał się na sznurku, który każdy z dwóch łowców miał zawinięty na palcu. Z daleka szła nagonka, strasząc ryby uderzeniami siekiery w lód i chlupotaniem w małych przeręblach. Uciekająca ryba uderzała nosem w siatkę, co się dało odczuć natychmiast na palcu przez sznurek. Wówczas zgrany i zgrabny ruch tyczkami i wyrzut siatki na powierzchnię niemal bez pudła dawał w rezultacie dwu-, trzykilogramową rybę – szczupaka, bieługę, leszcza, okonia.
   Oczywiście stawiano i nas do tej roboty, a mnie kilka razy udało się wyciągnąć niezłe sztuki. Gdy nagonka dochodziła do przerębli, siatkarze przenosili się znów o pięćset – osiemset metrów dalej i następował ciąg dalszy – da capo al fine. Jednocześnie w miejscach niezamarzniętych czatowali ludzie z ościami i z piekielną wprawą oraz szalonym refleksem bili przepływające na otwartym polu okazy. Rezultat takiego odłowu z trudem mieścił się do skrzyń na dwoje sań parokonnych. Zresztą w pobliżu czatowali już kupcy i z miejsca zabierali rybę. Następował poczęstunek i odjazd przy blasku kaganków do domu.
    W takich warunkach chowany chłopak pływał jak ryba, znał się na całym szeregu rzeczy dotyczących rzeki, lasu, ogrodu.
    W ogrodzie był jeszcze plac tenisowy, betonowy, na zimę zasypywany na metr grubo zeschniętymi liśćmi, by nie pękał od mrozu. W tenisa grywali starsi – dzieci podawały piłki i szukały ich w trawie. Tylko w przerwach pozwalano im potrzymać rakietę, broń Boże dotykać rękami strun, które ładnie dźwięczały, jak się dało prztyczka. Za to w krokieta toczyły się homeryckie boje: partie przeciw partii, po trzy, cztery, pięć osób. Nierzadko bitwa kończyła się późno wieczorem przy blasku (nowość!) elektrycznych latarek. Kiedyś w ferworze walki dostałem w łuk brwiowy, tak iż trzeba było potem zszywać powiekę, ale partię kończyłem jako jednooki pirat Dżim.
    Panie grywały jeszcze w serso – kółka na szpadach – oraz w korki z przymocowanymi do nich piórkami, odbijane małymi rakietkami, zapewne pierwowzór badmintona.
   W tych czasach bawiono się również z całym zapałem w wiele gier towarzyskich, takich jak: pierścionek, dżenkins, szarady, fanty, cenzurowany. W pałacu i w ogrodzie wspaniale było bawić się w chowanego. Modne były żywe obrazy i inscenizowane deklamacje, zwykle połączone z czyimiś imieninami. W czasie jednych z imienin wędrowny sztukmistrz produkował pierwszy raz przeze mnie oglądane ognie bengalskie i rakiety.
    W jakiś czas po rewolucji 1905 roku miał się odbyć w Narowli zjazd właścicieli ziemskich, przypuszczam, że chodziło tu o zebranie przedwyborcze. Spodziewano się przyjazdu około sześćdziesięciu panów. Wobec czego panie i dzieciarnia musiały wyjechać. Panie pojechały do Rudakowa, a my do Wodowicz. Wodowicze przedstawiały się zupełnie odmiennie od Narowli. Właścicielem był Ludomir Oskierka, żonaty z Pauliną z Piłsudskich. Ich najstarszy syn Witold55 miał w tym czasie około dwudziestu lat, córka Janina (późniejsza Dobrowolska) koło osiemnastu, a Helena (późniejsza primo voto Gutowska, secundo voto Hallerowa) koło dziesięciu. Dwór leżał na wzgórzach daleko od rzeki, otoczony starymi drzewami. Sam dom duży, drewniany, parterowy. W środku z jednej strony podjazd i ganek, z drugiej duża kryta weranda od północy, z widokiem na klomby i folwark. Z dwóch końców ganeczki wejściowe, z zachodu do kredensu, ze wschodu do garderoby. Dom miał jakieś dwanaście pokoi i kilka zakamarków. Od strony podjazdu w odległości około czterdziestu metrów stała oficyna, w której znajdowała się kuchnia i pokoje gościnne; za kuchnią sad owocowy. Od północy za trawnikiem był tak zwany stary dom, gdzie mieszkał rządca.
   I tu folwark zadziwiał przestrzenią. Rozległe i przestronne, zarośnięte zieloną trawą podwórze przytykało do szerokiej drogi. A ta prowadziła pod kątem prostym do właściwego traktu, idącego z miasteczka Jurewicze nad Prypecią do Chojnik, leżących w głębi kraju. Na wprost drogi wiatrak. Wiatraki zresztą widziało się wszędzie. W Rudakowie specjalny wiatrak w formie koła pompował wodę ze studni do rezerwuaru. W pobliżu wiatraków dalszy ciąg sadów owocowych w prawo, a z lewej droga do Małych Wodowicz, czyli do folwarku. Pan Ludomir większość dnia spędzał w gabinecie, pisząc na stojąco przy specjalnym pulpicie, kantorku. Był domatorem, nie lubił wyjeżdżać z domu, często dawał się uprosić i grał pięknie na fortepianie, zwłaszcza dzieciom do tańca.

Далей

Вход на сайт
Поиск
Календарь
«  Август 2019  »
ПнВтСрЧтПтСбВс
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031
Друзья сайта
  • Официальный блог
  • Сообщество uCoz
  • FAQ по системе
  • Инструкции для uCoz
  • Copyright MyCorp © 2019