Вторник, 16.07.2019
Хойнікшчына
Меню сайта
Статистика

Онлайн всего: 1
Гостей: 1
Пользователей: 0

Naprawdę Go szanowaliśmy...

Описание: http://www.tygodnik.lt/200444/44-czeczot.jpg   26 października 2004 r. zakończył ziemską wędrówkę prof. Włodzimierz Czeczot, wieloletni Dziekan Wydziału Języka Polskiego i Literatury Wileńskiego Państwowego Instytutu Pedagogicznego. Jego imię jest nierozerwalnie związane z historią polonistyki na Uniwersytecie Pedagogicznym. Ponad parę tysięcy wychowanków różnych generacji ma coś do zawdzięczenia temu niestrudzonemu Nauczycielowi nauczycieli, temu Człowiekowi z wielkiej litery, który zawsze sprawiał wrażenie zaangażowanego w sprawy innych, urodzonego jakby głównie po to, żeby pomagać innym.
    Ilekroć spotykamy na swojej drodze kogoś, kto dobrze nam czyni, tylekroć chyba zadajemy pytanie: skąd ten człowiek jest rodem, co go ukształtowało?
   Włodzimierz Czeczot urodził się 5 września 1919 r. w Chojnikach powiatu Rzeczyckiego (dzisiejszy obw
ód Homelski) na Białorusi; syn Karola i Józefy (z domu Łuckiewicz). W tymże miasteczku, w 1934 roku, ukończył siedmioletnią szkołę polską. Następnie kontynuował naukę w białoruskiej szkole średniej, gdyż tego rodzaju szkoła polska znajdowała się w Homlu, więc dojazd do niej wymagałby dodatkowych kosztów.
    Ucząc się na celująco po ukończeniu szkoły nie miał zbytnich kłopotów z dostaniem się na studia wyższe. W latach 1938–1942 studiował historię na Uniwersytecie Moskiewskim im. Łomonosowa. Dyplom upoważniał do pracy w szkole wyższej w charakterze wykładowcy i pracownika naukowego. Zaraz po studiach jako nauczyciel historii rozpoczął pracę w Możajskiej Szkole Średniej.
    W sytuacji trwającej wówczas wojny Niemiec hitlerowskich ze Związkiem Radzieckim zgłosił się na front, zostając zaraz oficerem. Zaznał wielu klęsk i goryczy, jakie niesie ze sobą wojna.
    Okazał się niezwykle przydatny, kiedy w 1943 r. w Sielcach nad Oką powstawała Pierwsza Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Jako Polaka skierowano go właśnie tutaj. Swój szlak bojowy w składzie tej dywizji rozpoczął od bitwy pod Lenino.
    Pamiętam, jak już w latach 1970-ch, podczas jednego z okolicznościowych spotkań dzielił się z nami, studentami, swoimi przygodami żołnierza. Jak się okazuje, zdarzało mu się nieraz wychodzić cało z niezwykle trudnych potyczek. Utkwił mi w pamięci taki, na przykład, szczegół, że po jednej z bitew naliczył bodajże siedem dziur w płaszczu, ciało zaś okupiło się zaledwie lekkim draśnięciem. Cud? Bardzo prawdopodobnie, że już wtedy chroniła go Opatrzność, wyznaczając mu w przyszłości wiele pięknych zadań, w których naprawdę byłby niezastąpiony.
    Swój szlak bojowy, nagrodzony licznymi medalami i orderami w trakcie wojny i potem, zakończył wśród tych, którzy szturmowali Berlin. Łatwo jest dzisiaj, zwłaszcza tym, którzy nigdy nie wąchali prochu, wykreślać pewne daty, po raz kolejny „poprawiać” historię. Zupełnie inaczej, niż nam się dzisiaj wydaje, odbierany był 9 Maja, Dzień Zwycięstwa, z perspektywy takich, jak Włodzimierz Czeczot.
    Po zakończeniu wojny znalazł się w Warszawie, studiował tam w Akademii Wojskowej. Jako Polak miał propozycję pozostania właśnie w Polsce. Sam Zygmunt Berling starał się go skłonić do takiej decyzji.
     W roku 1948 wrócił jednak na rodzinną Białoruś. Wykształcenie, chlubnie przebyty szlak bojowy otwierały mu wówczas drzwi wielu placówek. Najbliższa okazała się jednak praca na rzecz oświaty. Od razu został dyrektorem Szkoły Średniej w Postawach, gdzie pracował do roku 1951. Niedługo był też kierownikiem obwodowego wydziału oświaty w Postawach.
     Ze szkolnictwem polskim na Litwie Włodzimierz Czeczot był związany od 1951 r. Stał się jednym z najgorliwszych uczestników ówczesnego odradzania się oświaty polskiej.
     W latach 1951–1955 był dyrektorem Niemenczyńskiej Szkoły Średniej, jak zawsze i wszędzie, pozostawiając po odejściu tylko dobre, ciepłe wspomnienia.
     W roku 1955 objął posadę dyrektora Instytutu Nauczycielskiego w Nowej Wilejce. Dana placówka zapewniała przyśpieszone, dwuletnie studia w języku polskim dla nauczycieli różnych dyscyplin.
    Kiedy w końcu lat 50. sytuacja w oświacie zaczęła się stabilizować, kiedy luki w niedoborze kadry pedagogicznej zaczęły się wypełniać, powstała potrzeba zapewnienia nauczycielom wyższego wykształcenia. Na terenie ówczesnego ZSRR zaczęto likwidować podobne, jak w Nowej Wilejce, dwuletnie instytuty nauczycielskie.
    Żeby nie zamknąć perspektywy przed szkolnictwem polskim na Litwie, Włodzimierz Czeczot, mocą swoich zasług i autorytetu, poruszył wszelkie możliwe czynniki, kierował korespondencję do najwyższych instancji nie tylko Litwy, ale też Białorusi i Ukrainy, szukając poparcia dla godnej uwagi inicjatywy: przekształcenia dwuletnich studiów nauczycielskich w uczelnię wyższą, kształcącą kadrę pedagogiczną dla szkół polskich na terenie ówczesnego ZSRR. Poparcie nie nadeszło.
    Okoliczności tak się złożyły, że w Wilnie rozwijał już wówczas działalność naukowo-dydaktyczną Instytut Pedagogiczny. Znalazło się tutaj miejsce także dla grupy polonistów. Ci sami właściwie, początkujący wtedy wykładowcy-poloniści, prowadzili zajęcia w Instytucie Nauczycielskim oraz Instytucie Pedagogicznym. Prawie do końca swojej kariery pedagogicznej prof. Czeczot harmonijnie współpracował z takimi, znanymi jeszcze dla całej rzeszy polonistów Wileńszczyzny, nauczycielami akademickimi, jak doc. Anna Kaupuż, jak Genadiusz Rakitski, Margaryta Lemberg czy Irena Kaszkarowa.
     Kiedy w 1961 r. połączono polonistykę nowowilejską z nowo powstałą w Instytucie Pedagogicznym, kadra praktycznie pozostała bez zmian, z takim jedynie uzupełnieniem, że w 1962 r. do nazwanego już grona dołączyła się Maria Niedźwiecka.
     Dziekanem utworzonego wówczas Wydziału Języka Polskiego i Literatury od 1 listopada 1961 r. został, oczywiście, Włodzimierz Czeczot, nie podejrzewając wtedy zapewne, iż niniejsza misja wydłuży mu się do lat bez mała trzydziestu. Kiedy polonistyka zmieniła swój status i przekształciła się w 1969 r. tylko w oddział przy Wydziale Języków Obcych, piastowane przez Czeczota stanowisko było odnotowywane w dokumentach: prodziekan Wydziału Języków Obcych. Dla polonistów nadal był Dziekanem.
     Pomimo mnóstwa obowiązków administracyjnych nie zaniedbywał nigdy dydaktyki. Jego wykłady były przemyślane, dobrze skomponowane, treściwe. Jako człowiek niezwykle pracowity znajdował czas także na pracę naukową.
     W 1967 r. obronił dysertację doktorską z zakresu historii na Uniwersytecie Moskiewskim, co dawało możliwość pełnić obowiązki docenta. Późniejsza rozprawa habilitacyjna dotyczyła współpracy polsko-radzieckiej. Jako że jej ukończenie przypadło na rok 1980, obrona musiała być odroczona. Wydarzenia „solidarnościowe” w Polsce całkowicie zmieniły opcję, wymagały wielkiego przewartościowania wartości, a więc czasu, dobrego zdrowia i niemałego jeszcze wysiłku. Z powodu stałego zapracowania i nie najlepszego już wówczas zdrowia do obrony nie doszło. Bez względu na to Senat uczelni, w której w ciągu wszystkich lat pracy Włodzimierz Czeczot cieszył się wielkim, autentycznym autorytetem, wykazywał się dużym dorobkiem naukowo-dydaktycznym, nadał mu w 1987 r. miano profesora.
    Polonistyka „za czasów Czeczota” miała dość wielką autonomię, samodzielnie podejmowała niejedną decyzję. Dziekan zawsze był entuzjastycznym rzecznikiem współpracy międzynarodowej. Na początku lat 70. została nawiązana promieniująca do dzisiaj współpraca, m. in., z Uniwersytetem Wrocławskim. A więc, dość wcześnie, kiedy nie było jeszcze otwartych granic, studenci polonistyki mogli się już delektować wykładami profesorów z Polski, nawet tej rangi, co prof. Jan Miodek. Zaczęli też wyjeżdżać na trzytygodniowe zajęcia dydaktyczne na Uniwersytecie Wrocławskim, co jest kontynuowane do dzisiaj, z tą różnicą, że wyjeżdża się na dwa tygodnie.
    Co jest szczególnie godne podkreślenia, na polonistyce wytworzyła się, rzadko spotykana gdzie indziej, rodzinna atmosfera. Sam Dziekan zdawał często sprawę z tego, że musi realizować nie zawsze znajdujące akceptację zespołu, przysyłane odgórnie zarządzenia. Była to „epoka polityczna”. Żeby się utrzymać, polonistyka także musiała zabierać głos w tworzącym pozory demokracji, na przykład, omawianiu „dyrektyw partyjnych”. Dziekan, nie oczekując entuzjazmu ani starając się sztucznie go wzbudzać, mówił czasem nie owijając w bawełnę: „No, powiedzcie coś dla protokołu...” Rzeczywiście, wiele rzeczy robiło się wtedy (czy tylko wtedy?) „dla protokołu”, nawet bez oporu, bo Dziekan nie podkreślał swojej wyższości, nie próbował nikogo „nawracać”, unikał po prostu niepotrzebnych kłopotów dla siebie i innych.
    Włodzimierza Czeczota poznałam w 1976 roku, już po dostaniu się na studia polonistyczne w ówczesnym Wileńskim Państwowym Instytucie Pedagogicznym. Pierwsze spotkanie dotyczyło zapewne załatwiania formalności, związanych z otrzymaniem miejsca w domu studenckim. Drugie, rozciągające się później na dwa semestry, było spotkaniem z Czeczotem – profesorem.
    Wykładał niezbyt pociągający, szczerze mówiąc, przedmiot, bo historię KPZR. Ta dyscyplina obowiązywała wówczas na wszystkich uczelniach wyższych byłego już dziś ZSRR. Niewdzięczna to była misja, nawet bez względu na to, że zajęcia odbywały się w języku polskim. Daty kolejnych zjazdów partii, jak też najważniejsze przyjęte na nich uchwały należało znać niczym tabliczkę mnożenia. Praca domowa polegała najczęściej na konspektowaniu dzieł klasyków marksizmu–leninizmu, referowanych później na ćwiczeniach. Rzadko, ale zdarzały się czasem wypadki, iż ktoś wyraził swoją wątpliwość do tej czy innej tezy klasyka, do takiej czy innej myśli wykładu. I wówczas można było wyczuć nieortodoksyjność profesora. Reagował na wątpliwości spokojnie, szukał głębszych argumentów, a gdy o nie było trudno, zawieszał głos i kwitował wypowiedź dobrze wszystkim znanym: „No, sami przecież wiecie, rozumiecie...”.
    Bardziej niż zawartość merytoryczna wykładów utkwił mi w pamięci życzliwy, zaiste ojcowski stosunek Dziekana do swoich podopiecznych. Będąc człowiekiem bardzo zaangażowanym, zawodowo i społecznie, nigdy nie robił wrażenia „zabieganego”, nie odwoływał z byle powodu wykładów. Zawsze znajdował czas i chęć na życzliwe słowo czy szczere pytanie, dotyczące spraw nie tylko studenckich. Nie chciał i chyba nawet nie umiałby kogoś skrzywdzić. Był autentyczny, bezpośredni, otwarty. Gdy radził komuś dobrze, gdy starał się kogoś w czymś ważnym przekonać, dodawał czasem jeszcze: „Mówię wam jak ojciec...”
     Nigdy nie podnosił głosu, nawet wtedy, kiedy nikogo by to nie zaskoczyło. Pamiętam, jak pewnego razu, solidarnie, całą grupą „zwieliśmy” z komunizmu naukowego, o czym prowadzący ten przedmiot, nadzwyczaj gorliwy wykładowca, poinformował Dziekana. I co na to Dziekan? Metodą perswazji, spokojnie i rzeczowo, łagodnie i bez podkreślania swojej wyższości, bez pogróżek i zastraszania tłumaczył, że tak nie wolno. Obejmowało nas wówczas ogromne poczucie wstydu. Przychodziło też uświadomienie sobie faktu, że przecież Dziekan mógł mieć jakieś przykrości z powodu naszego wybryku. Tego nikt z nas nie chciał, bo naprawdę Go szanowaliśmy.
     To głównie z szacunku do Jego osoby gremialnie chodziliśmy na defilady pierwszomajowe i listopadowe (z okazji przypadającej 7 listopada rocznicy Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, jak się wówczas o niej mówiło), zaszczycaliśmy stuprocentową obecnością zajęcia w takich dniach, jak 25 grudnia czy też poniedziałek wielkanocny, które nie były wtedy dniami wolnymi.
     Będąc gospodarzem całej polonistyki (jej ówczesna przynależność do Wydziału Języków Obcych była sprawą czysto formalną) ponosił nieraz konsekwencje naszych „niepoprawnych”, odbiegających od wymagań koniunktury, zachowań. Starał się więc czasem wyprzedzić rozwój wypadków czy raczej zapobiec oczekiwanemu scenariuszowi wydarzeń.
    Kiedy zauważył, na przykład, jakiś niewłaściwy akcent w gazetce ściennej „Polonista”, nie robił awantur redaktorom, po cichu, w kuluarach radził usunąć, powiedzmy obrazek udekorowanej gałązki jodłowej, który pojawiając się wcześniej, jeszcze przed 24 grudnia, mógł zdradzać nasze zaangażowanie w Święta Bożego Narodzenia itp.
     Pamiętam, jak kiedyś, otwierając paczkę z przysłanymi z Polski książkami, natknęliśmy się na Mowę wiązaną Czesława Miłosza. Pisarz, emigrant polityczny PRL-u, był jeszcze wtedy tematem tabu, nie było go w programie studiów. Ortodoksyjny ideolog, dbały o czystość moralną wychowanków mógłby to odpowiednio skomentować, zabrać czy nawet demonstracyjnie wrzucić do kosza (bo i tacy gdzieś się kiedyś zdarzali). Tymczasem Dziekan spokojnie, półgłosem mówi do mnie, już wówczas laborantki katedry: „Zabierzcie to do domu...”.
    Każdy z byłych wychowanków i współpracowników mógłby zapewne przytoczyć niejeden przykład taktownego, życzliwego postępowania naszego Dziekana i Profesora. Kiedy miał wątpliwości w wystawieniu tej czy innej oceny mgliście odpowiadającemu studentowi, zawsze rozstrzygał w wyniku na jego korzyść.
     Był człowiekiem troskliwym, opiekuńczym. Zarówno w pracy, jak też w rodzinie. Przez długie lata trud pracy dydaktycznej w naszej uczelni dzieliła z nim także wykładająca historię żona Walentyna. Rodzinne tradycje kontynuuje dzisiaj córka Tatiana, docent, kierownik Katedry Metodyki Języka Rosyjskiego na Wydziale Slawistyki. Tylko syn Włodzimierz, jako pracownik policji, związał swój los z innym polem doświadczeń.
     Dla większości z nas, byłych wychowanków, prof. Czeczot pozostawał zapobiegliwym Dziekanem nawet wtedy, kiedy odszedł na zasłużony odpoczynek. Odchodził od nas stopniowo. W 1988 r. zwolnił się od obowiązków dziekana, pozostając już tylko dydaktykiem. W ostatnich latach pracy wykładał politologię. Po otrzymaniu emerytury personalnej jesienią 1992 r. zrezygnował także z dydaktyki.
    Pozostaje Dziekanem, Człowiekiem, Ojcem także dziś, będąc już w innym wymiarze, tym bardziej, że Jego troska o cokolwiek czy kogolwiek promieniuje często do dzisiaj. O ile to było możliwe, troszczył się o losy swoich podopiecznych nie tylko w trakcie studiów, lecz także później. Często pomagał, pośredniczył w znalezieniu właściwej pracy.
    Mówię o tym bez tzw. naciągania, gdyż doznałam bezpośrednio tej ojcowskiej troski Dziekana. W tym, co dzisiaj robię, kim dzisiaj jestem, właśnie Dziekan ma swój bardzo wielki współudział, w dodatku, zupełnie bezinteresowny.
    Kiedy byłam na drugim roku studiów, rozeszła się na wydziale wieść, że „Moskwa przysłała do dyspozycji naszej polonistyki jedno miejsce na wyjazd do Polski”, zapewniające tam pełne studia polonistyczne. Dziekan, w porozumieniu z katedrą, zaproponował to miejsce mojej koleżance z roku Annie Mikielewicz (znanej dziś na Wileńszczyźnie Annie Adamowicz). Gdy Ania, mając nieco inne plany, zrezygnowała, wybór padł na mnie. Decyzję o wyjeździe na cztery lata trzeba było podjąć natychmiast, co wymagało, oczywiście, uzgodnienia z rodzicami, więc Dziekan zaproponował, żebym od razu pojechała do rodziców na wieś po werdykt. I nigdy nie zapomnę tego momentu, jak otworzył portmonetkę i zapytał: „Ale czy macie pieniądze, bo jeżeli nie, to...” i wyjął dziesięć rubli ze szczerą gotowością pożyczenia mi ich na drogę. Taki gest już na pewno nie należał do obowiązków dziekańskich. Kiedy opowiadałam o tym rodzicom, także nie mogli się nadziwić, że mam takiego Dziekana.
     To dzięki Jego staraniom w 1983 roku, zaraz po ukończeniu studiów, zostałam zatrudniona jako st. laborant w ówczesnej Katedrze Języka Polskiego i Literatury, kierowanej wówczas przez śp. doc. Annę Kaupuż. Jak tylko zwolnił się etat, Dziekan od razu przypomniał o mnie (zaważyły tu, bez wątpienia, studia w Polsce). Pech chciał, że podczas wakacji zdążyłam się już zatrudnić w Szkole Początkowej w Świętnikach rejonu trockiego. Dziekan poruszył wszelkie możliwe instancje, żeby mnie stamtąd odwołać. Po ukończeniu studiów obowiązywał wówczas przydział do pracy, zgodnie z przepisami miałabym więc spędzić w tej szkole co najmniej trzy lata. Oczywiście, gdyby ktoś inny był wówczas na stanowisku dziekana, czyż zadawałby sobie tyle trudu, czy miałby też taki autorytet, żeby załatwiać trudne sprawy. Nie chcąc zawracać sobie głowy najzwyczajniej w świecie przyjąłby do pracy kogoś innego.
     Nie sposób przywołać tu wszystkich Jego słów i gestów, a i pamięć ludzka jest często zawodna. Nie da się także powtórzyć wszystkich godnych naśladowania czynów i zachowań Dziekana. I czasy są inne, i my jesteśmy inni. Zresztą, nie da się sztucznie kogoś naśladować. Swój sposób bycia Dziekan miał już niejako w naturze.
    Odrobinę pocieszająca jest myśl, że może jednak jakaś mała, najmniejsza cząstka tej wielkiej dobroci i życzliwości Dziekana pozostała także w nas, jego wychowankach, pozostała także we mnie? Dziękuję, że Opatrzność postawiła na mojej drodze tego Człowieka. Wiem, że nigdy Mu nie dorównam, ale jedno przynajmniej mogę obiecać, mówiąc słowami Czesława Miłosza, skierowanymi Do Jonathana Swifta: „Będę się starać, mój dziekanie”.

Halina Turkiewicz,
 doc. Katedry Filologii Polskiej
Uniwersytetu Pedagogicznego w Wilnie

      Włodzimierz Czeczot miał w swym dorobku wiele nagród i wyróżnień jak za zasługi bojowe tak też za ofiarny trud pokojowy, m. in.: Odznakę "Zasłużony dla Kultury Polskiej", Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP, Srebrny Krzyż Zasługi, Krzyż Walecznych, Krzyż Bitwy pod Lenino, medal "Za Warszawę 1939-1945", medal "Zwycięstwa i Wolności". Za działalność akademicką w roku 1975 przyznano mu tytuł zasłużonego wykładowcy Republiki Litewskiej.

Вход на сайт
Поиск
Календарь
«  Июль 2019  »
ПнВтСрЧтПтСбВс
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031
Друзья сайта
  • Официальный блог
  • Сообщество uCoz
  • FAQ по системе
  • Инструкции для uCoz
  • Copyright MyCorp © 2019